19. Strętwa Jesienna

„mózg
kable do moich żył | | raz raz raz
skręcony drut przewód | | bije moje serce wraz
do mego serca | | elektryczne serce raz
akumulator | | zmiłuj się nade mną | | transmisyjny pasi”

Tytus Czyżewski:Hymn do maszyny mojego ciała
Jesień…krótsze dni, dłuższe wieczory, chłodne noce, a to wszystko przekłada się na coraz większe koszty oświetlania i ogrzewania mojej izby. Prąd elektryczny mógłby kosztować grosze, gdyby w każdym domostwie było akwarium, a w nim naukowo trenowana strętwa, błędnie zwana węgorzem elektrycznym (Electrophorus electricus). Ta zdumiewająca ryba potrafi zapalić ogonem 100W żarówkę, bo posiada fascynujące ichtiologów wyjątkowe narządy, zdolne do wytwarzania elektrycznego napięcia 300-600W. Prąd strętw, dostarczany przez taką pływającą mini-elektrownię kosztowałby grosze. Niestety, naukowcy nie zdołali jak dotąd odcyfrować wielu tajemnic tego gatunku drętwokształtnych ryb, które już starożytni znachorzy zalecali jako elektroterapię przeciwbólową. Jak informuje wikipedia:”wspomina o tym rzymski pisarz Plutarch, który 2 tysiące lat temu opisał zabieg, do którego wykorzystywano drętwy. Chorą osobę zawożono na plażę, gdzie nogi chorego układano na rybie. Wytwarzany przez drętwe impuls elektryczny uśmierzał ból.”  Ach, gdybyśmy mogli być nie tylo fotogeniczni, telegeniczni, ale także elektrogeniczni.  Taka zdolność byłaby niewątpliwie bardzo przydatna w wielu okolicznościach życiowych przeciętnego zjadacza chleba.Tak np kandydaci na przywódców ludu, prezydentów, premierów i polityków musieliby zademonstrować swoje zdolności elektrogeniczne, aby wyborcy mogli ocenić ich woltaż. Kandydat z najwyższym napięciem potrafiłby zapalic lampy uliczne dookoła Belwederu. Oczywiście prąd o takim woltażu poraziłby resztę kandydatów, co miałoby ten dodatni skutek, że druga tura byłaby niepotrzebna. W życiu codziennym żony gotowałyby kolację na własnym prądzie, podczas gdy mężowie stojąc na drabince mogliby udawać świecącą strętwę. Oświetlanie ulic stałoby się zbyteczne, bo każdy przechodzień świeciłby w ciemnościach jak latarnia. Elektrogeniczne sekretarki o wysokim napięciu oświetlałyby miejsca pracy lepiej niż mrugające wieczyście neony. Moja wyobraźnia kurczy sie nieco, gdy próbuję sobie wyobrazić elektrogeniczny flirt, woltażowe podrywanie, amperyczne pocałunki  i krótkie spięcia przy ewentualnych niedopięciach. Naprawa ludzkich organów elektrogennych mogłaby zająć nie więcej czasu niż zmiana korka przy liczniku. Osoby o wysokim woltażu mogłyby także znaleźć pracę w policji (policjanci mają już porażające tazery), wojsku (bezkrwawe wojny woltażowe) a także w wielu sytuacjach towarzyskich jak i nietowarzyskich. Elektrogeniczność, jak widać, to temat rzeka, ale w tej chwili mój woltaż zaczyna spadać gwałtownie, więc chyba najwyższy czas abym popłynął z prądem w inne rejony.
Przytulnica Wilkołaza
Dziś zajrzałem do gminy Wilkołaz, którą pamiętam z nazwy, bo z jakichś zapomnianych powodów obijała mi się o moje lubelskie uszy.  Oczyma wyobraźni dziecięcej widziałem pewnie wilki przekradające się przez mokradla Wzniesień Urzędowskich ku chałupom wiejskim, gdzie mogły znaleźć jakiś łup.Wilków tam już nie ma od dawien dawna i według   lingwistów, wieś ta nazywalł się ongiś Wielkie Łazy czyli twardsze przejścia przez okoliczne bagniska. Później ktoś zaczął mówić „Wilkie Łazy”, a od tego już było blisko do Wilkołaza. Wzniesienia Urzędowskie, część Wyżyny Lubelskiej, to także ciekawostka językowa, tętniąca  prastarymi pomysłami  urzędników, którzy służyli magnatom rządzącym tymi majątkami. A był wśród nich ród książęcy Olelkowicz-Słuckich, dawno wygasły, wplątany w romantyczne ucieczki z księżniczką Halszką Ostrogską, którą usiłował wydawać zamąż za niechcianych konkurentów sam król Zygmunt August. Ucieszyłem się jak nagi w pokrzywach, gdy ujrzałem że w okolicach Wilkołazu rośnie pięknie po polsku nazwana przytulnica wonna, ciekawe ziele znane w całej Europie, bo chociaż niepokaźne było używane w siennikach (to ten dawny materac), aby dać lepszy sen i ziołowe zdrowie. Przytulnica w saszetkach odstrasza  mole i inne owady. A dlaczego nazywa się przytulnicą? Podejrzewam, że ta nazwa nie była, niestety, z rodzaju romantycznych lubczyków, ale dlatego że w starosłowiańskim „prituliti” miało całkiem inne znaczenia od dzisiejszego przytulania. Tulić to tyle co schować, pokryć albo przysposobić. Chowano wonne ziółko w sienniku albo w poduszce, więc było przytulankowane.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim piątek, 30 września 2011©

Reklamy

Tagi: ,

Komentarze 2 to “19. Strętwa Jesienna”

  1. signe Says:

    tę historię elektryzującą ktoś Ci zaraz porwie do filmu, ja szybko myślę, jak przejść na prąd strętw, na początek akwarium? za małe? ile wody potrzebuje węgorz elektryczny, bo jeśli całe Morze Sargassowe…? Plutarch? będzie to numer Dziennika o wielkiej poczytności:)

  2. stefan Says:

    signe: dzień dobry. Bardzo mi się podoba „prąd strętw”. Akwarium i dwie małe strętwy, jedna zapasowa żarówka, na początek. Jeszcze chyba tylko 3 felietony, bo oddałem się do dyspozycji naczelnego dając mu carte blanche na moją dymisję, aby ratować kruche finanse Dziennika. Nie mam wielkiej ochoty na tę pisaninę. Nie opłaca się. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: