43.Dziwadełka tłumaczeń i cudaczne wioski

Jasność jest pierwszy przymiot, Już to źle oznacza
Kiedy do zrozumienia potrzeba tłumacza.
Jeźli żebym cię dociekł, suszę myśl daremno—
Lub ja tępo pojmuję, lub ty piszesz ciemno.
F.K.Dmochowski: Do Stanisław Augusta
Mam wiele braterskiego współczucia dla tłumaczy, bo wiem z własnego doświadczenia jak łatwo jest wpaść w jeden z licznych „wilczych dołów”, czyhających na granicy dwóch języków które, w pewnym sensie, są nieprzetłumaczalne. Metafory, frazy, gwarowe powiedzonka, domyślniki i gry półsłówek w  języku oryginału rzadko mają swój dokładny odpowiednik w języku tłumacza. Angielski „spirit level” to ani „poziom spirytusu” w oddechu pijaka ani „płaszczyzna ducha”, tylko nasza poziomnica albo waserwaga dla Ślązaków. Podobne i  dużo trudniejsze przykłady można mnożyć w nieskończoność. We wrześniu zeszłego roku („Trzy kwarki dla św Stefana) wyraziłem pochopną opinię, że słynna powieść-dziwadło James’a Joyce’a  pt „Finnegan’s Wake” jest nieprzetłumaczalna na polski. Joyce męczył się nad tym dziełem przez 17 lat. Okazało się jednak, że niezwykle pracowity polski tłumacz, Krzysztof Bartnicki, w jego własnych słowach „spolszczył” tę grubą księgę po 10-letniej harówce. Nie wiem czy będę miał kiedykolwiek chęć, czas i odwagę, aby przeczytać 628 stron tego monumentalnego eksperymentu, który ukazał się pod tytułem „Finneganów Tren”, co jest pomysłowym spolszczeniem angielskiej dwuznaczności słowa „wake”: pogrzebowa stypa i przebudzenie. Tren tałże jest dwuznaczny w podobnym znaczeniu, bo ma w sobie żałobny smutek i radosny wątek tego wlokącego się za panną młodą ogona ślubnej sukni. Domyślam się, że tłumacz ujrzał w książce dwóch Finneganów: nieboszczyka i zmartwywstałego pijaczynę i dlatego podwoił go w polskim tytule. Ta spolszczona wersja Finnegana niewątpliwie pociągnie za sobą teraz długi tren przypisków, domysłów i badań polonistycznych nad nowomową Krzysztofa Bartnickiego. Joyce pewnie zmieniłby jego nazwisko na Chrystonosz Pszczelarz – ten, który wygarnął miód polskich słów z angielskiej barci. To jedno zdanie z polskiej wersji wystarczy może jako przekąska albo ostrzeżenie – zależy, co kto lubi. „Chwycę w justrze wtorajsze lata gdy nasza małżość bierze ster: as kier. Co za sembal simon pumpkel pasztetnie lata! Dzieliliśmy bliźniaczy pokój, puszczaliśmy oko do jednej ulicznicy, co Sim marł opłakać dziś ja na rzewno oplączę smutro, bliźnie tak będzie, liczę na to, fetował Sam Dizzier.” Justro=lustro, wtorajsze=wczorajsze, małżość=?, kier=kierunek , smutro=jutro. Tylko tyle potrafiłem odczytać z pszczelego jędzyka pana Bartnickiego.
Cudaczne wioski
Jak pan Zagłoba trafnie zauważył: „jakże się to twoje dożywocie nazywa? Dudkowo czy jak?… Pogańskie nazwy w tej krainie. Jak orzechami o ścianę rzucisz, to właśnie imię wioski albo szlachcica uczynisz. Ale byle intrata była dobra, to nie żal i jęzor sobie wystrzępić.” Tak właśnie robię, rzucając metaforyczne orzechy o ściany internetu i strzępiąc sobie język na cudacznie niezwykłych imionach wiosk, posiołków i gmin polskich. Często-gęsto w takich właśnie miejscach dzieją się także niesamowite dla mieszczucha i emigranta happeningi, drzewiej znane jako wydarzenia. Jest np w Lubelszczyźnie gmina Cyców, gdzie „w miejscowości Świerszczów, kierującemu pojazdem marki Opel Zafira nagle na jezdnię wtargnęło zwierzę. W wyniku zderzenia łoś zginął na miejscu.” Kierowca wiedział, że w pobliżu tej wsi skaczą pod koła pasikoniki, ale łoś? Przysłowie „żyć, nie umierać, wymyślili mieszkańcy wioski Zgon, w gminie Piecki, nad jeziorem Mokrym, „słynącym z urokliwych zachodów słońca”. Swoje żałobne imię wzięła od „zgonu bydła do wodopoju nad jeziorem”.  Zgon ma także niezwykła galerię rzeźb Adama Słupskiego, które dla bardziej wrażliwych turystów mogą mogą kojarzyć się z cmentarnymi posągami. Niebo i Piekło to dwa malutkie osiedla w powiecie Końskie, gdzie przejezdni turyści fotografują się przy tablicach z ich nazwami, aby pochwalić się, że po Zgonie odwiedzili obie te miejscowości. W lokalnej prasie wyczytałem, że policja szukała zaginionego mieszkańca tych okolic i po pół roku znalazla jego mogiłę w Niebie.Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 23 marca 2012 ©Stefan Grass

Reklamy

Tagi: , ,

Komentarze 3 to “43.Dziwadełka tłumaczeń i cudaczne wioski”

  1. signe Says:

    teraz tu się zmagam z machiną poczekaj, już wyfrunęły moje pierwsze okluski za ten felieton…
    wpisałam wszystko co mi przyszło do głowy w każdej rubryce..
    nie wpisałam w żadnej nic….
    po staremu
    po nowemu
    nic….
    jest jeszcze jedyna możliwość, że się zaloguję do śnienia świata…
    nawet anonimką tu nie można być…

  2. signe Says:

    nie działa tutaj tak jak tam!!! tu nic nie można, wszystko mi wyleciało z głowy o Chrystonoszu Pszczelarzu i że spolszczył, i że Finnegan po polsku w Londynie to rzecz prosto z tej książki, bo tam się jednak bawią włócząc za sobą te treny…

    nie wiem, co dalej z tym wordpressem…
    bądźmy dobrej myśli
    aha, byłam w Zgonie nie wiedząc, że chodzi o bydło…

  3. stefan Says:

    signe, nic z tego nie rozumiem. Może WP się obraził na Ciebie że uciekłaś na inne blogowiska a on ich nie lubi? pisz mi prywatnie, bo to na pewno dojdzie a przestanie Cię irytować. Tak, zgon od zganiać, zaganiać może ludzkie dusze też są zganiane do wodopoju?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: