49.Gawędy z Koziego Grodu

„Żeby mi lubelskie cmentarne słowiki
zanosiły się co noc miłosnym krzykiem;
żebym wiedział, w ciepłą wtulony borowinę,
żem jest dla niej nie przybłędą, nie gościem
lecz synem…”
J.Łobodowski: Na własną śmierć

Od wczesnego dzieciństwa byłem pogrążony w lubelskich słowach- nazwach,które zawsze miały i wciąż mają dla mnie jakiś magiczny wydźwięk. Bramy Starego Miasta: Krakowska -zbudowana za czasów Kazimierza Wielkiego- rozsiadła się u wejścia na Rynek jak stara przekupka; Grodzka, Rybna i Trynitarska (ze złotym kogutem na szczycie). Trybunal Koronny, gdzie Wacław Potocki bronił się w procesie o arianizm i gdzie zmarł także Jan Kochanowski, a diabli też tam zawitali którejś nocy, aby wydać sprawiedliwy wyrok w sprawie pokrzywdzonej wdowy. Lucyfer wypalił swoją łapę w dębowym stole sędziowskim na dowód szatańskiej sprawiedliwości… Nazwy ulic tej miały swój specjalny urok: Olejna, Złota, Rybna,Szambelańska, Podwale, Podzamcze…albo te przepiekne stare kamienice, każda ze swym własnym imieniem: Sobieskich, Strażacka, pod Lwem…Przyległe wioski, wciągane w orbitę miasta jak księżyce wirujące wokół planety, też miały swoje przezwiska: tak np Konstantynówkę nazywano Poczekajką. Cała wyżyna lubelska nad którą królował ten stary Lublin obfitowała w dźwięczne nazwy, z którymi do dziś kojarzą się barwne wspomnienia: Szczebrzeszyn, na którym każdy cudzoziemiec łamie sobie język; wspaniały Zamość- kiedyś, obok Lublina, ośrodek kultury renesansowej (Akademia Zamojska); Chełm nad rzeką Uherką; Hrubieszów przy ujściu Huczwy do Bugu (mój ojciec sprawdzał moją znajomość ortografii gdy kazał mi pisać ;”dałby Bóg aby buk przepłynął przez Bug”);Kraśnik, Rozwadów, Rejowiec, Bełżec – stacje na linii kolejowej, która wiodła nas na wakacje do zagubionej w lasach i bagnach Ireny. Piękny Kazimierz nad Wisłą – cel licznych wycieczek weekendowych; Nałęczów z wodami żelazistymi, o którym pieknie pisala Ewa Szelburg-Zarembina w książce pt „Zawiłości Prostej Drogi”: „Wracając często do Nałęczowa choćby tylko w myślach, za każdym razem zastanawiać się muszę, czy wszyscy godni pamięci Nałęczowianie zostali uczczeni trwałym wyrazem pamięci…Chciałabym bardzo, aby moja twórczość jako Nałęczowianki i Lublinianki, dziecka ziemi lubelskiej, ziemi, która była kolebką mowy polskiej i która wydała tylu polskich twórców- mogła być nie tylko literaturą, ale świadectwem pracy społecznej, tak bardzo przenikającej całe moje życie…” Miasto mojej młodości. Tajemnicze, urocze, nasłuchujące w ciszy, niezapomniane. Miasto legend spowitych w aforyzmy Kabały, którą studiowali przy chybocącym płomyku szabasówek słynni w calej Diasporze lubelscy rabini.  Dziś tego Koziego Grodu moich wczesnych lat już nie ma, ale nostalgiczne wspomnienia wciąż migają w magicznej latarni pamięci.

Majowe stadło, diabła pocieradło
Coś w tym musi być, ale co? Jeśli Polacy, Irlandczycy i Szkoci i reszta Europejczyków mają niemal identyczne przysłowie o majowych stadłach, to ten zabobon majowy nie powstał dlatego, że Kowalscy pobrali się w maju i darli ze sobą koty, a McDuffy – także majowe stadło- psy na sobie wieszali. Tajemniczy zakaz stawania na ślubnym kobiercu w maju sięga do głębokich korzeni pogańskich i czci jaką otaczano w okresie budzącej się wiosny Wielką Matkę, która miała liczne imiona, ale w maju była znana jako Maia, patronka odnowy życia, królowa kwiecistych łąk, splatania wieńców i orgiastycznych festiwali podczas których kobiety miały prawo wybierać oblubieńców na jedną noc. Bogini Maia pogardzała patriarchalną instytucją małżeństwa, która oddawała kobiety pod władzę mężczyzn. W święto celtyckie Beltane, w germańską Noc Walpurgii czy rzymskie Floralia, ród męski był usunięty w cień, zaś kobiety miały swój Bal Majowy – do dziś tradycyjny w starych uniwersytetach Anglii, Cambridge i Oxford.  Zabobonny lęk przed majowym ślubem był tak silny w Anglii, że królowa Wiktoria zabroniła swoim licznym dzieciom żeniaczki w tym miesiącu. W walce z poganami, misjonarze wymienili Maję na Maryję, poświęcili jej cały miesiąc maj, wprowadzili różaniec zamiast wieńca kwiatów i majówki. Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim ,piątek 4, maja 2012 ©Stefan Grass

Reklamy

Tagi: ,

Komentarze 2 to “49.Gawędy z Koziego Grodu”

  1. signe Says:

    Szczebrzeszyn, ortografia i maj miesiąc majaczeń, a jednak te przeinaczenia psują wszystkie bajki,
    powinno być jak na początku wszystkiego…
    tzn. nie wiem, co mówię, bo chyba na początku był wielki wybuch…
    ciekawe co ludzie wyczytują z Twoich felietonów, naprawdę:)

  2. stefan Says:

    Każdy wyczytuje to co chce albo co się mu podoba albo nie. Ten wybuch to wymysł naukowców. Była minisekunda, w której świat zaistniał tak cichutko jak przebudzenie się z głębokiego snu. Sen stał się jawą, która szybko zmieniła się w sen. I tak to trfa 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: