53. Gość w Dom, Gospodarz w Nogi.

Gościu, siądź pod my liściem, a odpoczni sobie!
Nie dójdzie cię tu słońce, ja przyrzekam tobie
Chodź się nawysszej wzbije, a proste promienie
Ściągną pod swoje drzewa rozstrzelane cienie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Tu słowicy, tu szpacy wdzięcznie narzekają…
J.Kochanowski: Na lipę

Dawno temu, w moich bardziej beztroskich i młodych latach, nasze mieszkanie częściej przypominało zajazd dla międzynarodowej rzeszy turystów niż spokojne zacisze domowe. Rodzina z Polski – no, jasne, chcieli zobaczyć, jak uciekinier z raju PRLu daje sobie radę w stolicy zgniłego kapitalizmu. Rodzina z Anglii – tu wchodziła w grę wymienna gościnność, zwłaszcza że oni mieli piękny dom w uroczej okolicy i odjeżdżając pytali nas, kiedy przyjedziemy do nich w odwiedziny. Przyjaciele z innych części świata – no, nie można było przecież odmówić, gdy prosili o nocleg tylko na trzy dni – zgodnie ze starym powiedzeniem, że gość i ryba cuchną po trzech dniach.. Bywali także przygodni goście na jedną noc, bo ostatni pociąg odszedł im sprzed nosa albo jasnowidzący samochód miał pękniętą oponę o 100 metrów od naszego mieszkania. Internetowi goście to już była inna para kapciów na dywanik przed składanym łóżkiem. Kiedyś oburzyłem się żartobliwie (tak mi się wydawało) na wirtualnego znajomego z popularnej listy dyskusyjnej, że nie zadzwonił do mnie, gdy zawitał na kilka dni do Londynu. “Jakże mogłeś!” napisałem publicznie na tej liście, “ być w Londynie i nie wpaść do mnie z wizytą na pogawędkę, to tak jak pojechać do Watykanu i nie zobaczyć się z Papieżem”. List zaopatrzylem przezornie w smajle, ale to nie wiele pomogło, bo mało kto zwracał uwagę na takie bezsłowne sygnały. W kilka tygodni później otrzymałem prywatny list od nieznanej mi młodej pary Polaków z Ameryki, w którym przytoczyli mój żartobliwy komentarz o Londynie i Watykanie i spytali czy mógłbym znaleźć im tanie pomieszczenie w mojej dzielnicy, a także pokazać im Londyn oraz ciekawsze miejsca w Anglii. Dodali, że to będzie ich podróż poślubna, więc liczą na to, że nie sprawię im zawodu. Przez kilka minut sumienie gryzło mnie jak niesforny pitbul, ale wkońcu wyjaśniłem nowożeńcom, że to był tylko niezręczny żart i że w moim podeszłym wieku nie będę mógł ani obwozić ich po Londynie ani pokazywać im cudów Wielkiej Brytanii. Po namyśle dodałem PS. “ O ile mi wiadomo, Papieża można zobaczyć tylko na publicznej audiencji dla pielgrzymów, ale wątpię czy Jego Świątobliwość osobiście oprowadza ich po Watykanie i okolicach.”. Po tej przygodzie przestałem zachęcać nieznanych mi osobiście internautów do odwiedzin w mojej pustelni. Staropolska gościnność to piękna zaleta, ale wydaje mi się, że dziś nawet Jan z Czarnolasu, dodałby „agroturyści mile widziani w agrosadybie pod Lipą. Ulgowa taryfa dla nowożeńców”.

Szeptuchy z Podlasia
Stare przysłowie wielu nacji głosi, że każda wieś ma swojego głupka. Obok sołtysa, proboszcza lub batiuszki i wsiowego mądrali, głupek jest konieczny dla utrzymania społecznej równowagi. W średniowieczu były także wiejskie czarownice, które rzucały lub odczyniały uroki i klątwy, leczyly ziołami i  pomagały ludziom w ich kontaktach z duchami i upiorami. Rywalizacja z kapłanami oficjalnej religii spowodowała falę niesamowitych prześladowań starych kobiet, które topiono, palono na stosie i podejrzewano o konszachty z szatanem oraz akrobatykę powietrzną na miotłach, które były rzekomo ich ulubionym pojazdem w pielgrzymkach na Łysą Górę. Ich triumfalny powrót do miast i wiosek świata na fali religii Nowego Wieku jest dziś jednym z fenomenów wiedźminowej sub-kultury. Na Podlasiu, te nowoczesne szamanki, czarownice, znachorki i wróżki tarotu , znane są jako „szeptuchy”. Niektóre zyskują rozgłos i przed ich chałupą stoją kolejki  klientów. Inne są podejrzewane o rzucanie klątw i powodowanie wypadków lub żywiołowych klęsk. Są także „szeptuchy” miejskie, które mają własne strony webowe, na których chwalą się swoim sukcesem i zachęcają do zasięgania ich porad. Może Dziennik powinien popłynąć z prądem czasu, dając gościnę szeptuchom i wiedźminom?Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek,1 czerwca 2012 ©Stefan Grass

Reklamy

Tagi:

komentarze 2 to “53. Gość w Dom, Gospodarz w Nogi.”

  1. signe Says:

    czytam właśnie o czarownicy, która mówi, że to nie to samo, co być magiem, a jak by się to rozróżniało po polsku?
    szeptunki to bardzo ładna nazwa,
    z gośćmi to już się nie poradzi, latem zawsze ktoś przejeżdża z północy na południe i mówi się, że „wpada na chwilę”:)
    a może naprawdę za czasów Kochanowskiego ludzie wypatrywali gości, nie było telewizji… hm… trzeba było sobie samemu pisać fraszki…
    lipy kwitną, a u Ciebie?

  2. stefan Says:

    no, tak, czarownice robią czary, pieczary, korona i krzyż, a magus robi magię. One są także znachorkami, czytają tarot, I ching znają się na ziołach i odczynianiu złych uroków – wszystko szeptem. Celna obserwacja o tam beztelewizyjnym świecie pod lipą. TV to też lipa ale innego rodzaju. Lipy kwitną tutaj w lipcu. O twoim szeptanym reiki wysłałem email 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: