55.Jadziem panie Zielonka i Dzień Wiatru

Jadziem panie Zielonka, ja dzisiaj humor mam
Ja dzisiaj forse ma,w zastaw poszła jesionka
Więc jak nie wypić nam, za zdrowie dam
Ach, te wspomnienia ze szczenięcych lat! W pamięci starego emigranta kołaczą się niedobitki piosenek, śpiewanych przez ulicznych grajków, widoki dawno zapomniane, wrażenia, które zostawiły niezatarty ślad w chłopięcej duszy. Dziś mogą wydawać mi się błahostkami, może dlatego, że brakuje im tej emocjonalnej otoczki sprzed wielu lat. Mój ojciec znał dobrze swego ambitnego synalka i pewnie dlatego wysyłał mnie na postój dorożek, abym sam wybral ten ważny pojazd i przyjechał w nim przed dom, aby cała rodzina mogła pojechać na stację kolejową i ekscytującą podróż pociągiem do naszej wakacyjnej wsi Ireny ,zgubionej wśród lasów, bagien i gór piaskowych Puszczy Solskiej. W przedwojennym Lublinie dorożki miały zdecydowaną przewagę nad taksówkami jako bardziej romantyczny i tańszy transport przez miasto. Stukot końskich kopyt na ulicy, dorożkarz trzaskający biczem, świeże powietrze i słońce nad głową były ważnym etapem w podróży na wakacyjną labę. Na stacji w Zaklikowie czekała na nas jednokonna furmanka z gospodarstwa w Irenie, gdzie ojciec wynajął nam letnisko na dwa miesiące. Podróż po wyboistej polnej drodze między miasteczkiem i wsią miała pewne podobieństwa do lekkiego trzęsienia ziemi, ale w mojej wyobraźni karmionej książkami o Dzikim Zachodzie, była tylko wstępem do dalszych fantazji wakacyjnych. Na tych wiejskich wczasach wzbogacałem mój słownik bogatą terminologią niby-kowboja. Nasz gospodarz wtajemniczał mnie chętnie w świat wędzideł, chomątów, orczyków, uzd i pawązów, które trzeba było kłaść na siano. przewożone z nadrzecznych łąk drabiniastą furą.Pewnego dnia mój mentor wyprowadzł ze stajni kasztankę, narzucił derkę na jej grzbiet, posadził mnie na niej, wziął kobyłę za uzdę, dał mi do ręki lejce i poprowadził małego kowboja na niezapomniany spacer między opłotkami. Poznałem wtedy dwa ważne słowa z języka końsko-ludzkiego: wio i prrr. Dawno temu bryczką jeżdził pan dziedzic i jego goście; furmanka była rolniczą ciężarówką. do zwożenia zboża, siana, buraków i letników. Dzisiaj bryczki służą jako ślubne karoce dla romantycznych mieszczuchów, albo jako jedna z atrakcji agroturystyki. Nie ma pewności skąd do nas przybyło do słowo, ale w tej polskiej formie przyjęło się w Anglii (britzka), w Niemczach (britschka) i u Czechów (pryczka). Karety, karoce i kolaski pełniły rolę pojazdów na dworach magnatów, ale osobiście nigdy nie miałem okazji aby w nich podróżować po polskim bruzdach, błotach i koleinach.  Jednym z wielu odmian bryczki była popularna na Kresach czortopchajka, która miała tylny „koziołek” dla woźnicy. Nie muszę chyba przypominać Czytelnikom. że te staroświeckie kałamaszki wciąż są pojazdem królewskim u naszych miejskich gospodarzy londyńskich.

Dzień Wiatru
Każdego roku dzień 15 czerwca jest poświęcony wiatrakom i tym niewidzialnym prądom powietrznym, które są wprawdzie wspaniałym źródłem taniej energii, ale mają także swoją demoniczną siłę niszczycielską w postaci huraganów, szkwałów, trąb powietrznych i cyklonów. Ile płatków ma róża wiatrów czyli nowoczesny kompas meteorologiczny dla oceanów i lądów? Dokładnie dwanaście, chociaż badacze podmuchów dają tym „bogom powietrza” wyłącznie naukowe nazwy. Na szczęście, mamy w zapasie dziesiątki ludowych imion dla niemal każdej odmiany zefirków, wietrzyków, wichrów i zimnych boreaszów. Osobiście, miałem spotkania z nadmorską bryzą, tatrzańskim halnym (którego Czesi nazywają wiatr polak), alpejskim főhnem, francuskim mistralem. z brevą włoskich jezior. Moje wnuczki-globetroterki spotkały się z indyjskim monsunem  i bursterem, chłodnym wiatrem oceanicznym Australii. Pustynny hamsin Afryki, suchy i upalny, ma tak paskudny wpływ na samopoczucie Arabów, że gdy ktoś poturbuje sąsiada w nagłym wybuchu gniewu, nikt go nie obwini, bo to był „efekt hamsina„. Westchnijmy w Dzień Wiatru za pomyślność wiatraka, o którym Leśmian pięknie napisał ,że „poskrzypuje drewnianą w tańcu krynoliną, a na trawę, jak diabeł, miota cień rogaty.”

Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 15 czerwca 2012 ©Stefan Grass

Reklamy

Tagi: ,

Komentarze 2 to “55.Jadziem panie Zielonka i Dzień Wiatru”

  1. signe Says:

    a więc to był dzień wiatru, był tego dnia wiatr i znowu chce mi się poczytać Leśmiana, bo Ty mi przypominasz:)
    dorożki, wozy konne, jeszcze pewnie drogi z piachem i lato…
    felietony Twoje jak zawsze pełne gęstości, którą tak lubię

  2. stefan Says:

    signe, niestety, nie pamiętam bo to było przed wiekami. Albo tak mi sią zdaje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: