63. Chorągiewka na dachu

Chorągiewka na dachu śpiewa.
Pierwszej gwiazdy wypełza pająk.
Latarnie w czarnych drzewach, kołyszących się, mrugają.
J.Czechowicz: fragment z tomu Stare Kamienie

Miałem zamiar pisać o czymś innym, ale w pół drogi zmieniłem zdanie. Oczywiście, tego zdania, które zmieniłem, nikt nie widział, bo ono istniało tylko jako domniemany temat, krążący w moich myślach. Po angielsku powiedziałbym zwięźle, że zmieniłem mój umysł (I’ve changed my mind), co u Polaka wzbudziłoby niechybne podejrzenia, że miałem przeszczep mózgu. Rezultatem takiej operacji mogłaby być metamorfoza w chorągiewkę na dachu, która znana jest głównie z tego, że czasem zmienia się w koguta albo kurka i kręci się koniunkturalnie tak, jak wiatr wieje. W pewnym sensie jest ona symbolem naszej ludzkiej niestałości poglądów, ciągłych wahań, niezadowolenia z tego, co mamy i uporczywego szukania czegoś lepszego. Wszystkiemu winne są, rzecz jasna, te podmuchy zmian w losach każdego człowieka, które kojarzymy z pomyślnym lub złowrogim wiatrem, dmuchającym w żagiel naszego życia. Widoczny na lotniskach oraz igrzyskach (dziś zaczyna się Olimpiada) rękaw (po angielsku „skarpeta wiatru) jest często malowany w biało-czerwone pasy, co powinno dodawać otuchy naszym olimpijskim zawodnikom. Korzenie słowa „zdanie” od którego zacząłem tę krętą wędrówkę po ścieżce znaczeń, tkwią w niesłychanie płodnym czasowniku „dać”, z którego m.inn.zrodziły się datki, podatki, wydatki, sprzedawanie i dawanie, nieudany, poddany i zdawanie. Oryginalny rozkaźnik „dadź” zachował się w imieniu słowiańskiego Dadźboga – dawcy bogactw dla nieba i ziemi.
Schwytany w sieć
Nie trzeba nawet mieć kiełbi we łbie, aby znaleźć się w internetowej sieci. Wystarczy po prostu płynąć z prądem szybkich postępów w technologii, aby nagle stwierdzić ze zdumieniem, że trzepoczę się w sieci, bez żadnych szans wyskoczenia do tej rzeki ludzkich pomysłów, z których mnie wyłowiono. Trudno mi uwierzyć, że mój pierwszy, dość prymitywny, komputer zainstalowałem w 1993 – 19 lat temu, gdy internet zaczynał się tutaj szybko rozwijać, a w Polsce był jeszcze w powijakach. Zdybałem jedną ciekawostkę o tych czasach, gdy władze i Bezpieka wiedzieli tylko, że sieć to jest coś w co łapie się ryby w morzu. W ciekawym wywiadzie z polskim laureatem nagrody amerykańskiej EFF 1992 (Electronic Frontier Foundation), Andrzejem Smereczyńskim, dziennikarka Daniela Baszkiewicz, spytała go o początkach sieci w Polsce: ” To dziś może zabrzmieć jak żart, ale właśnie dzięki pierwszym polskim sieciom naukowcy mogli kontaktować się ze sobą w Polsce stanu wojennego pozbawionej telefonów. Jakoś uszlo to uwagi służb bezpieczeństwa. Widać wyobraźnia władzy nie sięgała aż tak daleko.” Kto wie, może nawet ten czy ów agent w kołach akademickich nie doniósł grubym rybom bezpieki, że naukowcy mają własną sieć. Jedyną reakcją na taką ważną wiadomość, było pewnie dużo śmiechu, bo przecież wędkarstwo nie mogło być groźbą dla PRLu.
Salut rzymski
Z ostatniej przedwojennej Olimpiady w Berlinie w 1936r zapamiętałem dwa zabawne epizody. Jednym było nieporozumienie dotyczące olimpijskiego tzw salutu rzymskiego maszerujących drużyn wielu krajów przed trybuną, na której stał Hitler. Ten gest podnoszenia prawej ręki był rzekomo pozdrowieniem gladiatorów, idacych na walkę w rzymskim Colosseum. „Ave Cesar, morituri te salutant!” (Bądź zdrów, Cezarze! idący na śmierć pozdrawiają cię.”). Polska drużyna zdjęła czapki, ale zawodnicy Francji, Kanady, Austrii i Włoch, wyciągnęli prawe ramię, co niemiecka publiczność przyjęła z entuzjazmem jako hołd dla Fuehrera – Heil Hitler. Nazistowski gest jest dziś w modzie wśród skrajnej prawicy, ale Komitet Olimpijski, o ile wiem nie zabronił jeszcze używania tegp gestu przez Olimpijczyków. Drugi epizod dotyczył słynnego polskiego długodystancowca , Józefa Noji. W biegu na 10,000 zostal w tyle i doczłapał się na 13 miejsce. Jego rywal, Janusz Kusociński, zdobyl srebrny medal i puścił plotkę, że Noji zjadł przed biegiem wielki „krwisty” befsztyk. Obaj walczyli w konspiracji i zostali zamordowani przez Niemców.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 10 lipca 2012 ©Stefan Grass

Reklamy

Tagi:

komentarze 4 to “63. Chorągiewka na dachu”

  1. signe Says:

    nie wiem ile razy zmieniłam umysł czytając ten felieton, chyba za każdym zakrętem Twojej myśli, przecież jest tu niejedna,, jak zwykle,
    czy mówi się pozdrowienie: Dadźbóg?
    jak by tu tego Dadźboga nawoływać i przywoływać?

  2. stefan Says:

    signe, ja czekam na podarki Dadźboga od dłuższego czasu. On lubi badać naszą niecierpliwość. Nasze „szczęść Boże” używane tylko do żniwiarzy i górników, to stare pogańskie pozdrowienie „Dadźbóg!” Niech ci dadź wszyćkie dobrości. 🙂

  3. signe Says:

    Ci dadź niech onbóg dobrości przewszystkie, niech cierpliwie on się zastanowi nad tym, co dadź, ale proszę dawadź Stefanowi już zaraz:)

  4. stefan Says:

    tak,tak czas nagli, Dadźbogu! jestem cierpliwy, ale nie cierpię spóźnionych dadziów dla dziada. Dzienki Ci :-)*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: