Archive for Listopad 2012

79.Nadzieja i sen nocy zimowej o powrocie

30 listopada 2012

A siostra lęku o zielonej twarzy,
Nadzieja, co jest wahania podnóżem,
Z obawą stojąc wciąż na jutra straży,
Nie dba o wieczne dziś, czyniąc je stróżem.”
L.Staff: Serce korsarza
Odlot moich gęsich piór z ich przytulnego legowiska na stronie fotografii, fraszek i figlarnych humor-opisów jest spowodowany tzw „siłą wyższą”. Jest nią mój wzrok, zagrożony komplikacjami po operacji usunięcia zaćmy. Powiedzenie „nareszcie spadła mi z oczu katarakta” wywołało całkiem odwrotne znaczenie, bo przestałem dostrzegać to, co widziałem dość wyraźnie przed operacją. Pech? Chyba tak, ale żywię się nadzieją, że po kilku tygodniach i nabyciu nowych okularów, ślepowron przemieni się znowu w sokoła. Słowo „nadzieja” przeszło intrygujące metamorfozy od czasów Reja i Kochanowskiego, gdy istniało jako czasownik „nadziewać się – spodziewać się” albo przymiotnik „nadzieżny-pewny”. Stopniowo, ludzie zorientowali się. że nadzieja jest, jak pisze poeta”  wahania podnóżem” i nie ma w niej już ani krzty buńczucznej staropolskiej dufności we własne siły. Życie bez nadziei jest psychiczną głodówką, bo ta wewnętrzna ufność, że moje oczekiwania, marzenia, sny urzeczywistnią się kiedyś – może jutro, albo za miesiąc lub w późnej starości, jest moim koniecznym pożywieniem.. Chmura metafor, w której tańczy ta nieuchwytność, te iskierki, przebłyski, promyki, świtanie, robi wrażenie jakichś mistycznych witamin, które pozwalają mi przeżyć trudne chwile. Jak wieszcz Słowacki napisał w poemacie „Testament mój”: ” Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei/ I przed narodem niosą oświaty kaganiec/ A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei/ Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec.” Warto może dodać tutaj, że  poeta użył słowa „kaganiec” w znaczeniu dużego kaganka, a nie psiego namordnika. Rym do „kaganek” byłby „ganek” – beznadziejny jako metafora na boskie rzucanie ludźmi, którzy idą na śmierć.

۞

Dla zwolenników teorii spiskowych, których nie brakuje ani w Polsce ani na emigracji, mogę przedstawić inny scenariusz mojego zniknięcia z łamów Dziennika. Tylko moi najbliżsi wiedzą, że skontaktowałem się z ufoludkami i mam już zarezerwowane miejsce w rakiecie interplanetarnej, do której wsiądę z garstką ocaleńców z końca świata który, jak wiadomo z Kalendarza Majów, nastąpi za trzy tygodnie. Te pojazdy czekają na nas w podziemnych jaskiniach-garażach na magicznej górze Pic de Bugarach. Bu-garaż ( po polsku) to malutka wioska pirenejska, gdzie już koczuje ok.20,000 turystów oczekujących na przyjazd kosmitów. Władze lokalne obawiają się, że histeryczna panika przed zagładą może spowodować masowe samobójstwa, co zdarzyło się w czasie poprzednich „końców ziemi” i dlatego dostęp do tego „picu na wodę” jest zakazany na trzy dni przed i po 21 grudnia. Według opinii znawców,  wygrzebana z kalendarza Majów przepowiednia była po prostu kwiecistą metaforą nadziei, panującej dynastii monarchów, że potrafią przetrwać do Roku Smoka 2012. Zmiany w życiu planety i jej mieszkańców są konieczne i nieuniknione. Gdyby nie było zmian, to my, jaskiniowcy, wciąż byśmy toczyli nierówne boje z dinozaurami. Zastój energii, to gnuśność, samozadowolenie i powolna degeneracja. Bądźmy gotowi na zmiany- bez końca świata.

۞

Na pożegnanie krótki, nostaligiczny poemat prozą – mój sen nocy zimowej:

Nie mam tu sani, ni konia, ni śniegu -Kuligiem nostalgii popędzę hen w dal-Przez białe bezdroża, przez lasy i góry-Nocą gwiaździstą do domu sprzed lat.-Cicho zapukam do milczących okien- I szeptem zapytam czy  pamiętasz mnie wciąż -Twe sny się wykradną na nasze spotkanie- Uśmiechniesz się do mnie, lecz w oku twym łzy -Dla pielgrzyma,zgubionego w bezdrożach tułaczki, który tęskni za sercem swych dziecięcych dni, Bo tutaj ma tylko niemą lutnię bez strun i pamięć dźwięków kolęd w wigilijną noc.

Zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia i  Szczęśłiwego Nowego Roku  dla Redakcji i Miłych Czytelników Dziennika  – chluby polskiej prasy na obczyźnie.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 30 listopada 2012 ©Stefan Grass

78.Co w trawie wrzeszczy, gdy rozsądek śpi

23 listopada 2012

Jam z tych światów, gdzie grzech ,śpiewając, pląsa,
Gdzie płoną piersi, wargi i kły, chciwe strawy—
Gdzie róża, krwią nabiegła, lilię białą kąsa,
I gdzie jeszcze brzmi w słońcu zielony wrzask trawy!”
B.Leśmian: Rozmowa
Uciekający listopad zapamiętam sobie jako miesiąc huraganów, ulewnych deszczów, skandalicznych rewelacji, niesamowitych idiotyzmów prasowych i ludzi spadających z piedestałów, jak jesienne liście. Nawet nasz Dziennik, zwykle oaza spokoju, omal nie utonął w burzliwym słowotoku listów do redakcji. W ostatnich trzech tygodniach każda nowa wiadomość wprawiała mnie w mniejsze lub większe osłupienie, może dlatego że coraz trudniej jest mi zrozumieć dziś mentalność, słowa i działania młodszego pokolenia. Gdy dowiaduję się o o kulisach tego, co się dzieje w takim imperium informacji jak BBC albo o gigantycznych gażach jego nieudolnych, pechowych lub leniwych szefów, to mam wrażenie, że znalazłem się na obcej planecie. Wydaje mi się. że na szczytach i pagórkach władzy zniknęło wyczucie proporcji, między rozsądkiem i fantazją.  Oczywiście, w duszy każdego z nas jest zapewne ten „skrzypek na dachu”, melancholijny Tewje , który wzdycha i śpiewa „gdybym był bogaczem…” W mojej osobistej Utopii powinna istnieć absolutna granica gaży dla wszystkich, bez względu na wiedzę, talent i pozycję na drabinie kariery. Może wtedy spełniłyby się senne marzenia Mleczarza ze sztetla Anatewka – każdy byłby bogaczem.

۞

Dawno, dawno temu było takie słowiańskie prasłowo: uć, którego szczątki plączą się w takich słowach jak zzuć, obuć, uzda , onuca i obco brzmiąca zuwadlnia albo wyzuwalnia, a po staremu, to zwyczajna szafa, miejsce na składanie zzutej sukni i innych części garderoby. ”Wyzuty” ogranicza się dziś do rozbierania kogoś z  “czci i wiary”, a buty to się wkłada i zdejmuje raczej niż zzuwa i wzuwa. Nie mam jednak pewności czy cześć i wiarę można wzuć i jeśli tak, to jak? Takie rozważania przychodzą mi do głowy -zwłaszcza w piątki – i wtedy wracam spontanicznie do takich języcznych staroci po ocyknięciu się ze snu. Z tym oc(k)nięciem to także jakaś dziwna metamorfoza zaszła w ciągu wieków. Brueckner twierdzi: “częstotliwe ocykać się, zamiast *ocycać się, bo w ocknąć k dopiero pojawia się w 16 wieku”, ale później dodaje, że *ocycać nie pojawia się u Słowian w tej formie, tylko jako słowo ocucać. No, dobrze, wobec tego dziś rano nie byłem ocucony, tylko oc(k)nięty czyli wyciągnięty ze szpon  dziwacznego stanu jakim jest sen. Gdybym się nie ocyknął, to pewnie ktoś musiałby mnie ocucić abym mógł wreszcie mógł odzyskac świadomość moich “cuci”- zmysłów. No, i jak tu nie podziwiać cudownej cudaczności naszej pięknej mowy

۞

Czy powieści, które czytamy mogą mieć jakiś wpływ na nasze życie?Przed wojną i w czasie okupacji czytałem zachłannie wiele powieści, starych i nowych, a także kilka tomów Wiadomości Literackich, gdzie popisywała się awangarda przedwojennych pisarzy, poetów i eseistów.  Z bestsellerów, które utkwiły mi w pamięci i w jakiś przedziwny sposób skojarzyły się z  przygodami i karierą emigranta, to przede  wszystkim „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”, Sergiusza Piaseckiego, przemytnika, agenta wywiadu, bandyty, pisarza, AKowca, uciekiniera z PRLu i emigranta w Anglii, Jego powieść, która wydobyła go z więzienia świętokrzyskiego, dzięki poparciu Melchiora Wańkowicza i dała mu nowe życie, odbiła się jakimś echem w moim awanturniczym życiu AKowca, który przemycił się przez zieloną granicę do Włoch, gdzie przypadkowo spotkalem Melchiora Wańkowicza. To on poinformował mnie, że Piasecki też uciekł z Polski i był w Rzymie, oczekując przyjęcia do II Korpusu i emigracji na Wyspy Brytyjskie. Tutaj, Sergiusz pisał powieści, a ja reportaże dla Dziennika z obozu uchodźców , gdzie byłem sanitariuszem w szpitaliku, co powiązało się ładnie z inną moją lekturą, Choromańskiego „Zazdrość i medycyna”. Traf chciał, że mój trzeci bestseller, „Zaklęte Rewiry” Worcella, wpędził mnie do hotelu Piccadilly, gdzie nie byłem wprawdzie kelnerem, tylko fagasem w błękitnym mundurze ze złotymi guzikami, wręczającym gościom pocztę i klucze do apartamentów. Życie to powieść i odwrotnie.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 23 listopada 2012 ©Stefan Grass

77. Jaśki, poduszki i opuszki dla bosonogich

16 listopada 2012

Sama idź do łóżka,
nie płacz już głuptasie
patrz, tu jest poduszka
i samotny jasiek
…”
A.Osiecka:Bossa Nova do Poduszki

Nie pamiętam już czy pół wieku temu tańczyłem tę jazzową wersję brazylijskiej samby, ale musiała być chyba popularna w Polsce, skoro Agnieszka Osiecka poświęciła jej swoją piosenkę. Możliwe, że te dwa brazylijskie słowa zabrzmiały w jej wrażliwych uszach jak płacz bosonogiej emigrantki z ciepłej plaży Rio de Janeiro, tęskniącej za polskim jaśkiem? Listopadowy ziąb i powiew dalekich huraganów uprzytomnił mi jak ważne  w życiu większości ludzi są te niezbędne elementy pościeli w łóżku – poduszki, kołdry, pierzyny, materace, prześcieradła i koce. Dla mnie dwie poduszki, jedna twarda, drugą miękka, są gwarancją dobrego snu. Listki rozmarynu albo lawendy w poszewce na pewno pomagają w sprowadzaniu kojących snów. W fotelu lubię mieć poduszeczkę w kształcie wałka pod kręgosłup, na krześle dużą, haftowana na siedzenie, a mały jasiek pod głową ułatwia mi kocią drzemkę na kanapie, w deszczowe popołudnie. Z młodych lat pamiętam olbrzymie pierzyny, wypchane ptasim pierzem, ale tutaj są tylko małe pierzynki, nazywane duwetami, które są lekkie i nadają jako okrycie, zarówno na zimę, jak i w cieplejszych miesiącach. Jak każdy wie, poduszka to wsypa (albo poszwa)  ubrana w poszewkę, którą trzeba zmieniać co kilka dni, zwłaszcza gdy śpiąca na niej głowa nie nosi czepka, co było zwyczajem prababek i nawet pradziadków. Włosy mogą być pielęgnowane kremem lub olejkami, barwione, myte raz na tydzień albo rzadko i to wszystko ma fatalne skutki dla poszewki. Słowo „poduszka” nie jest, jak się może wydawać, zlepkiem dwóch słów (pod-uszko), bo ma bardziej pokrętny korzeń w słowie „duch-dychać-dmuchać”. W dawnych czasach „pierzynka” miała nazwę „duchenka”,był także „zagłówek”, który powędrował na oparcia siedzeń w samochodach, jako taki podróżny „jasiek” dla kierowcy.  W poduszkowym polu znaczeń są także „worki pod oczami”, sine poduszeczki sygnalizujące zmęczenie albo zdrowotne problemy; są poduszki powietrzne w autach, pełniące rolę przyczajonach ochraniaczy w razie kraksy i możliwości cielesnych obrażeń. Intrygującym zjawiskiem kulturowo-socjologicznym jest dobrze znana dzieciom i nastolatkom, a nawet czasem dorosłym, „walka na poduszki”. W tej zabawie jest wyładowanie agresji, niegroźnie miękka broń i rozejm na polu bitwy, którym jest zwykle łóżko.

* * *

Tak,  jak koty i psy, tygrysy i wilki, ja też mam male uwypuklenia na moich rękach  i stopach. U zwierzaków te małe poduszki na ich  łapach mają ważne zadania dotykowe i ochronne bowiem, tak jak moje palcowe opuszki-poduszki, przekazują nam informacje o niebezpiecznych spotkaniach z twardą rzeczywistością twardych lub ostrych przedmiotów albo o drganiach ziemi lub serca. Moje dwa palce naciskające żyłę na przegubie ręki informują mne o ilości uderzeń mojego niespokojnego serca. Kocie poduszeczki mają gruczoły zapachowe, które pozwalają im na zostawianie wizytówek z krótkim smsem „wara od mojej domeny”. Gdy kot zaczyna drapać pazurami jakiś przedmiot, to zwykle znaczy że pisze ostrzeżenie. Dzikie zwierzęta odczytują poduszkami łap drgania ziemi, co albo ostrzega je przed niebezpieczeństwem ałbo o zbliżającym się pożywieniu. Chodzenie boso, zwykle na wakacjach, to przywracanie stępionej obuwiem delikatnych funkcji stóp, które ostrzegały naszych pradziadów przed galopem dinozaurów. Słowo „opuszka” kojarzy się z tym wydęciem dolnej wargi, które dało słowo „puc”, „pucułowaty”i było  jedną z synonimów opuszki.Angielski „finger tip” brzmi jak napiwek dla palca.

* * *

 Czeski język ma dla mnie specyficzny urok, zarówno w piśmie i w mowie, którą słyszałem na własne uszy jako nastoletni korepetytor Jarmili, pasierbicy czeskiego właściciela lubelskiej fabryki  autmatycznych wag, gdzie mój ojciec pracował przez wiele lat. Do dziś pamiętam jedno zdanie, którym  Jarmila mnie przestraszyła: „krk je ĉast tela spojujici hlavu s trupem.” Kark to część ciała łącząca głowę z trupem.?!  Nasz tułów, ich trup albo pień..
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 16 listopada 2012 ©Stefan Grass

76. Fakty, fantazje i nitrogliceryna na nice

9 listopada 2012

„Zewsząd nas błędy toczą pod prawdy pozorem;
Szalbierstwo polityki barwi się kolorem…
Łagodność w zarzuconym upodleniu drzymie;
Ucisk zyskiem godziwym, zemsta punktem sławy..”
F. Zabłocki (1750-1821)
Ostatnio zaczynam dopuszczać do siebie okropne podejrzenie, że moja emigrancka polszczyzna staje się niezrozumiała dla rodaków w kraju. To wrażenie nie jest bezzasadne bowiem, prawdę mówiąc, mam coraz większe trudności ze zrozumieniem bełkotu krajowej prasy, polityków i tzw rzeczników, wyjaśniających w naukowym żargonie znaczenie „zjonizowanych wysoko-energetycznych składników” we wraku pechowego tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku. Muszę wyznać, że gdy przeczytałem rewelacje dziennikarza Gmyza w Rzeczpospolitej”, która pretenduje do reputacji poważnego pisma, a nie żerującego na sensacjach brukowca, słowo „nitrogliceryna” wywołało u mnie momentalnie, czysto osobiste,skojarzenia. Otóż, gdy wychodzę z domu, zawsze mam w kieszeni małą buteleczkę z nitroglyceryną. Wsiadając do autobusu lub kolejki podziemnej, mam prawo rozpylić ten wybuchowy materiał pod język, jeśli czuję zbliżający się atak dusznicy czyli anginy serca. Te objawy są dobrze znane tysiącom ludzi w starszym wieku, gdy człowiek jest mnie odporny na stresy codziennego życia. Jeśli ten autobus uderzy w latarnię i strzaska się, uśmiercając wszystkich pasażerów,włącznie ze mną. to na tym miejscu gdzie siedziałem badania chemiczne znajdą ślady nitroglyceryny. Reporterzy mają obowiązek ustalania dostępnych faktów i zadawania takich oczywistych pytań, takich jak „co było przyczyną tego wypadku.” Jeżeli tego dnia była mgła, co w Anglii nie jest rzadkością, jezdnia była śliska, a kierowca był zdenerwowany zachowaniem pasażerów, to reporter ma przed sobą mieszaninę faktów (mgła) i domysłów (kierowca). Dalsze badania specjalistów mogą wykryć ślady chemicznych „składników wysokoenergetycznych”- którymi są, wśród wielu innych chemikalii, także cząsteczki mojego lekarstwa. Dziennikarz, który napisze w reportażu, że w autobusie siedział samobójczy terrorysta, fantazjuje, tworzy medialną sensację i rzuca oszczerstwa na Bogu ducha winnego pasażera. Moja opowiastka nie da się porównać z medialnym tsunami, które rozpętała „Rzepa” swoją decyzją opublikowania sensacyjnych rewelacji. Redaktor naczelny „Rzepy”, po trzech wersjach wycofania gazety z tej awantury, oddał się do dyspozycji swoich pracodawców i poszedł na zasłużony urlop. Pochopny Gmyz zwołał konferencję prasową, na której był nieobecny, jak to puste krzesło Obamy w osławionej promocji Romneya na prezydenta Stanów Zjedn. Emocjonalny wybuch prezesa PiSu nie był chyba dla nikogo niespodzianką, bo nawet prasa zagraniczna opisała to wydarzenie jako ” ekscesy medialne, histeria polityczna, obelgi, teoria spiskowa i paranoja – polskie życie publiczne przeżyło właśnie epizod zdumiewającej gorączki” (Le Monde) „Polskie piekiełko” interesuje mnie głównie z punktu widzenia słów, znaczeń i fraz, używanych w tym kontekście. W tym najnowszym „polskim psychodramacie” zaintrygowała mnie jedynie etymologia nazwiska kolegi-dziennikarza, Cezarego Gmyza. Słownik Brǖcknera podaje, że słowo „gmyz” ma pień „güm-roić się”, co przeszło, po wielu zmianach, w czasownik „gmerać, przeszukiwać”. I tak oto, Cezary gmerał, szperał, aż wreszcie znalazł: niewypał.

* * *
Polskie „nice” jest naszym stuprocentowo rodzimym słowem i nie ma odpowiedników w innych językach słowiańskich. Jego rodowód tkwi zapewne w czasowniku „niknąć”, którego dziwaczność polega na tym, że obejmuje dwa przeciwne pojęcia: znikać i wynikać. Wciśnięte między nimi „przenikać” oznacza dostawanie się na drugą stronę i „nicowanie” jest taką właśnie czynnością.Odwracanie znoszonego po prawej stronie materiału na nice było kiedyś oznaką ubóstwa, ale dziś produkowane są płaszcze które można nosić”na odwyrtkę”: jednego dnia lice w kratki, a drugiego nice w paski. Ktoś sprytny wpadłl na pomysł oszczędzania obu stron materialu. Mam nawet gdzieś w szafie taki prochowiec „Odwyrtka” jest czysto gwarowym wyrażeniem, które przyjęło się w potocznej mowie wraz z nieodłączną przyczepką przyimkową – „na”. W rozmowie nie jest tak trudno zrozumieć coś na odwyrtkę, zwłaszcza gdy nasz rozmówca opowiada „głodne kawałki” o fantazyjnych „faktach”.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 9 listopada 2012 ©Stefan Grass

75.Kciuk a sprawa polskich gestów

9 listopada 2012

„..głos mniej może niż gest być udanym,
I stąd mniej skory jest i mniej wygodny,
I musi kłamstwo wpierw zagaić ruchem
Drugich, aż tego sie nazbiera wiele—”
C.Norwid : Zwitek Pierwszy
Ożywiona gestykulacja Obamy i Romneya była dla mnie jedyną atrakcją ich raczej nudnych przepychanek przedwyborczych. W stylu kowbojskich filmów, Obama często celował w swego przeciwnika wskazującym palcem który, według znawców mowy ciała, reprezentował rewolwer. Ten sam palec, w ruchu podkreślającym argument, był równoznaczny z kanonadą.Jeśli Romney machnął ręką lekceważąco, to sygnalizował spudłowany strzał- z jego punktu widzenia. Rzęsiste brawa z widowni, obaj kandydaci mogli przyjąć podnosząc wyprostowany do góry kciuk prawej dłoni.Kciuki rzymskich kiboli na igrzyskach w Kolosseum decydowały o życiu lub śmierci walczących gladiatorów. Do dziś pamiętam tę piękną scenę w angielskiej wersji filmu Quo Vadis, gdy olbrzym Ursus ratuje piękną Lygię, przywiązaną do pala, zabijając byka. Peter Ustinow w roli Nerona daje sygnał kciuka w dół, ale lud i jego najbliżsi dworzanie buntują się zgodnym pokazem kciuków do góry. Polski „kciuk” to odmieniec, bo u Słowian zawsze nazywał się „palec. Coś się widocznie misjonarzom nie podobało, że ksiądz chrzcił dzieci „palcem”. Palec, używany do takiej ważnej funkcji religijnej, musiał być jakoś wyróżniony i dlatego dostał nazwę „krzcik”, którego wymowę zmieniliśmy ostatecznie na „kciuka”. Istnieją inne wersje etymologiczne, ale ta wydaje mi się najbardziej prawdopodobna. Normalny Polak ma szesnaście palców, dwa kciuki i dwa paluchy. Inne nacje mają osobne nazwy na palce u nogi (toes, zehen, orteils), co dla wielu cudzoziemców może prowadzić do zabawnych nieporozumień. Gesty dominowały kulturowo przed i podczas ostatniej wojny światowej, ale do dziś zachował się chyba tylko tzw „zajączek” albo V Churchilla: wskazujący i środkowy palec wyprostowane, kciuk i pozostałe palce zwinięte. Mało znane w Polsce jest hawajskie „shaka” (wyluzuj sę): podniesienie dłoni z kciukiem i małym palcem wyprostowanym, reszta zgięta. Na Hawajach jest to gest przekazywania „energii aloha”, a po polsku „trzymaj się! bądź zdrów/zdrowa”.

* * *

Jeśli gestykuluję w odpowiedzi na czyjeś pytanie, to po prostu uzupełniam mową ciała brakujące mi słowa. Gdy zgubiony w ostępach londyńskich cudziemiec pyta mnie, gdzie jest najbliższa stacja kolejki podziemnej, wtedy zamieniam się w drogowskaz, wskazując ramieniem kierunek, w którym powinien iść. Na dodatek, mogę rozczapierzyć palce obu rąk, dodać słowo minuty i stać się zegarem. W epoce komputerów i wielu technologicznych ułatwień w porozumiewaniu się z coraz większą liczbą wędrujących emigrantów, „znaki” wypierają mówione słowa. Papieros przekreślony na ukos czerwoną kreską  jest lepiej zrozumiały dla nieznających języka palaczy tytoniu. W żargonie naukowców, w mediach  i licznych grupach kulturowych przyjęło się teraz słowo „ikona”, które nie odnosi się już wyłącznie do sakralnych obrazów, które „perygrynują” w Polsce i po świecie,  głównie w celu propagandowej ewangelizacji lub promowania ośrodków kultowych, takich jak Jasna Góra, Fatima czy Gwadelupa. Ikoną może być dziś żywy celebryta, aktor albo zmarły „król pop”, Michael Jackson. Mój podeszły wiek sprawia, że na takie ikony mogę tylko zareagować rozwarciem ramion w geście bezradności .

* * *

Publiczne ubikacje ze znakami odpowiednich genderów (spódnica i spodnie) mogą jednak spowodować nieporozumienia w niektórych krajach, gdzie takie znaki rozpoznawcze mają inną formę. Na webie jest cała strona o tych znakach, którą warto obejrzeć przed wyjazdem na wakacyjny odpoczynek. rhttp://losu.org/world/the-many-different-types-of-toilet-signs  Niektóre z nich są zabawne, inne prawie nieczytelnedla Europejczyka, a niektóre zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych, jak np paryskie znaki astrologiczne: Wenus i Mars. Chyba zapiszę się na kurs semiotyki – nauki badania znaków.

Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 2 listopada 2012 ©Stefan Grass