70.Migawki z sieci wędkarza słów

28 września 2012

„Rybak na wędce zapuścił robaka,
Rybka zjadła zanętę, a nie tknęła haka
I my rozsądną rybkę naśladujmy wiernie:
Szukajmy pociech w życiu, omijajm ciernie.”
S.Jachowicz (1796-1857)

Grzebiąc wczoraj w mojej rybackiej sieci jaką jest internet, znalazłem kilka błyszczących kiełbi i płotek medialnych na felietonową przekąskę.  Możliwe, że  kiedyś były takie „rybki”  traktowane poważnie lub z lekkim przekąsem, ale dość szybko zniknęły ze szpalt gazet i ekranów TV, jak wszystkie efemerydy. Dziś mało kto się nimi interesuje poza komediantami i badaczami przeszłości. Edward de Bono, brytyjski lekarz i światowej sławy „guru” sztuki twórczego myślenia, które jest znane jako „równoległe myślenie” (Sześć Kapeluszy Myślenia) zaproponował  w 2000r. proste rozwiązanie konfliktu arabsko-izraelskiego: marmajt. Według niego, agresja w tym rejonie świata może być rezultatem niskiego poziomu cynku we krwi jego mieszkańców. Brak cynku jest z kolei powodowane tym, że w Izraelu jak i wszystkich krajach Półwyspu Arabskiego ludzie obżerają się codziennie przaśnym pieczywem (maca, pita), przyrządzanym bez zakwasów. Marmajt (marmite), znany od przeszło stu lat, jest wyciągiem drożdżowym, ubocznym produktem warzenia piwa. Mimo, że de Bono wysłał swoją propozycję do komisji przy min.spraw zagranicznych, nie została ona przyjęta z entuzjazmen na jaki zasługiwała i dziś jest tylko wspominana jako dowcip w telewizyjnych zabawach. Oczywiście, agresja nie ogranicza się do tych, którzy jedzą ciasto drożdżowe lub przaśne. Niedobór cynku również powoduje objawy agresji u dzieci, nastolatków i dorosłych. Może warto byłoby częstować kiboli przed wejściem na stadium przekąskami, bogatymi w cynk.Tu należy przed wszystkim zaliczyć ostrygi, małże, krewetki, drożdżowe ciasteczka i ogórki. Warto dodać, że alkohol niszczy cynk, tak jak mleko i cukier.

****

Na pierwszy rzut oka, Henryk Sienkiewicz, pierwszy polski noblista (1905) i twórca takich niezapomnianych postaci jak Wołodyjowski  Kmicic, Zagłoba czy Longinus Podbipięta, nie ma nic wspólnego z dość dobrze znanym aktorem Hollywoodu, Charles’em Bronson’em. Nawet to, że Bronson grał role Polaka w kilku filmach, jest tylko ledwie widocznym śladem, który wyśledziłem w labiryncie internetowych zawikłań. To, co łączy tych dwóch twórców fantazyjnych postaci, jest ich pochodzenie: obaj byli potomkami zubożałych tatarskich szlachciców, zamieszkujących Wielkie Księstwo Litewskie. Ich rodziny były spolonizowane. Bronson, który urodził się w Ameryce jako Karol Dionizy Buczyński w 1921r był synem emigranta z Druskienik i angielskiego nauczył się dopiero, gdy był nastolatkiem. Tatarskim przodkiem Sienkiewicza był Piotr Oszyk, pułkownik wojsk polskich w XVI wieku. Nie wiem czy Bronson-Buczyński stworzył jakieś pamiętne postaci w swoich filmowych rolach, ale jego tatarski pobratymiec, Sienkiewicz ma na swoim koncie niezapomnianą w pamięci mieszkańców Zbaraża postać Podbipięty, który po ścięciu trzech głów napastników, zginął w bohaterskiej próbie przedarcia się z oblężonego miasta i został (w książce) pochowany w Zbarażu. Gdy w roku 1900 zarząd miasta postanowił usunąć ruiny starego kościoła na budowę nowego domu, mieszkańcy Zbaraża nie zgodzili się, bo twierdzili, że tam był pochowany ich bohater, Longinus Podbipięta. Taka jest magiczna moc fikcyjnych bohaterów książkowych.

****

Moje wnuczki nie znają ojczystego języka ich dziadka, więc staram się zachęcić  je do ćwiczeń, które pozwolą im poznać piękno polskiej wymowy. Krótki przykład poniżej.
Drgnąłem, tchnąłem, czknąłem i ocknąłem się ze snu. Był dżdżysty brzask. W gąszczu trzcin chrząszcz prządł miąższ owadzich śnień. Dźwięk jego brzdąkania zbrzydł mi..Deszcz szemrał w chaszczach. Chlupot kropli pstryknął w łeb dżdżownicy. Umknęła w głąb czarnoziemu, tam gdzie zrąb domu tkwił w zmroku. Szarobiała czeczotka czmychnęła w krzewy. Mnich w kapturze egzorcyzmował w dąbrowie drwala z toporem. Krnąbre frazy łaciny utkwiły mu w krtani, bo drwal drwił ze zgrzybiałych  klątw. Ropuchy rechotały na widok pierzchających krocionogów. Rzeźbione kształty żyworódek lśniły w mrugnięciach mżawki meteorów.Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 28 września 2012 ©Stefan Grass 

Reklamy

69.Dostatek, statki i pierogi Maryny

21 września 2012

Liczą na litość –od matki
Nauczone, że ten statek
I łzy to są ich posagi
Słowacki: Ksiądz Marek
Żaden mężczyzna nie ustatkuje się, dopóki nie zacznie zmywać statków. Bo jak ma już tyle statków, że trzeba je zmywać, to znaczy że się pewnie ożenił i jego żona wniosła do domu dostatnie wiano w postaci patelni, garnków, kubków,filiżanek i sztućców. Nasi przodkowie zmywali statki w pobliskiej rzece, używając piasku i pumeksu, co było trochę ryzykowne, bo gdy strumień był wartki, co lżejsze statki odpływały w siną dal i trudno je było potem znaleźć. Ale zestresowane prababki tak gderały o tych niezdarach pradziadach, że ci wkońcu pobiegli po rozum do głowy i zaczęli budować łodzie z wydrążonych pni wierzbowych (zwane „komiegi”) w celu ścigania odpływających statków. Zanim statek stał się okrętem, był tylko i wyłącznie słowem opisującym dobytek, stan posiadania tyle, aby „statczyło” dla każdego członka rodu. Rozłupane czaszki upolowanych zwierząt zamiast talerzy oznaczały niedostatek, a gliniane gary dowodziły, że tacy ludzie byli stateczni, bo mogli kupować to co garncarz dostatczał (dziś: dostarczał). Statkami domowymi zajmowały się kobiety, a na tych pływających po morzu zatrudniano nieustatkowanych młodych chłopaków, którzy są znani jako majtkowie, nazwa wymyślona przez Holendrów, ludzi morza, którzy mówili „matjee” o „towarzyszu, który dzieli ze mną chleb”, zaś jego spodnie miały nazwę „maitki” –  długie, luźne spodnie, które nosili majtkowie, ale potem zaczęły robić się coraz krótsze i skończyły swój semantyczny żywot jako skrawek materiału okrywający dolne części dzieci i kobiet. W opisywaniu przygód Kolumba w klasówce szkolnej ktoś kiedyś napisał, że jego „majtki siedziały w bocianim gnieździe i rozdarły się ‘ziemia, ziemia’ na widok wysp karaibskich”. Inne określenie majtka to oczywiście „marynarz”, który służy w marynarce, mimo że jej nie nosi. Jego spodnie nazywano „marynałami”, a obie nazwy były ze słowa „morze-mare” i „marinus- morski”. Dalsze przemiany to skojarzenie morza z solą, w której marynarze marynowali mięso, ryby i ogórki na morską podróż w pływających statkach. Maryna, posiadaczka statków, znana jest z przyśpiewka o Maćku, któremu zachciało się pierogów, a jego żona, nieudolny garkotłuk, wysyłała go do miasta po zakupy różnych składników tego wiejskiego przysmaku (mojego też), aby wkońcu wyznać, że nie wie jak się je robi. Wyprowadzony z równowagi i głodny Maciek potłukł Marynę w pierwszym piosenkarskim opisie przemocy domowej. („a Maciek za kija, Marynę pobija”).

Ciasto na równonoc
W restauracjach angielskich rzadko można znaleźć prawdziwe pierogi. Te włoskie ravioli, tortellini czy brytyjskie dumplings niczym nie przypominają naszych rytualnych, zawijanych półkoli lub trójkątów ciasta. Słowo „pieróg” to potomek prastarej nazwy „pir” która, przed wiekami,miała znaczenie religijne, jako „ciasto obrzędowe”, składane w ofierze księżycowi w podzięce za dar płodności i zmiany cykliczne oblicza wedle których lud liczył upływające miesiące i sezony. Pogańskie kulty lunarne były w wielu krajach ostatnim śladem matriarchatu i przygotowywanie tych ofiarnych darów było z pewnością zadaniem kapłanek bogini księżyca. Gdy patriarchalne społeczeństwa przestały uznawać władzę kobiet-żywicielek, kapłanki zmieniły się w gosposie i kucharki. Przepisy na pierogi są z pewnością starsze niż piramidy, a jest ich dziś ogromna ilość i mają czasem swoje dawne nazwy obrzędowe. Na takie okazje jak stypy pogrzebowe Rosjanie jedli „knysze”, zaś Ukraińcy na powitanie zimowego przesilenia gotują tzw pierogi-kolatki. Na imieniny gotowano „socznie” dla solenizamtów i gości, a na przyjęcia weselne –”kurniki”, nadziewane mięsem kurczaków. Na jesienną równonoc (sobota ,22 września) najlepiej  smakowały by chyba pierożki nadziewane na słodko czarnymi jagodami, śliwkami albo truskawkami czyli „sanieżki”. Słowo „pierogi” przybiera czasem dziwne formy w innych językach jak np greckie „perogki” albo „piroski”, fińskie pyöryköitä, niemieckie „pirogge”. Kołduny i knedle to też pierogi, nadziewane mięsem lub śliwkami. Zaczynam mlaskać językiem, nostalgicznie.Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 21 września 2012 ©Stefan Grass 

68.Polska jesień, indiańskie lato

14 września 2012

Coraz ciszej—wrzesień!wrzesień!
Słońce rzuca blask z ukosa
I dzień  krótszy, chłodna rosa
Ha! i jesień – polska jesień
Wincenty Pol
Ha! i może wreszcie ociepli się na resztę września, bo lato było w tym roku wyjątkowo nieudane. Mieliśmy wprawdzie kilka jednodniowych upałów, ale łatwo jest zapomnieć takie wybryki angielskiej pogody, gdy od 30 stopni Celsjusza spadamy następnego dnia do 18 stopni. Mieszkam w Anglii od 66 lat ale, jak dotychczas, jestem wciąż na pieńku z klimatem tej kapryśnej Wyspy. Moje pierwsze rozmówki z nazymi gospodarzami były z pewnością o pogodzie, bo to jest ten neutralny temat, który Anglicy uwielbiają. Zanim opanowałem tajemnice tubylczej frazeologi, takie idiomatyczne określenia ulewnego deszczu jak „it was raining cats and dogs” brzmiało tak dziwacznie, że nie miałem nawet odwagi prosić moich rozmówców o wyjaśnienie. dlaczego ich ulubieńcy spadają z chmur. Nasze polskie „leje jak z cebra” da się przetłumaczyć na „it’s raining buckets”, ale to też może być źle zrozumiane przez tubylców, bo „kick the bucket” to polskie „wyciągnąć nogi” – eufemizm na słowo-tabu „umrzeć”. Język angielski nie obfituje w takie bogactwo deszczowych synonimów i powiedzonej jak polszczyzna. U nas deszcz siąpi. leje, mży, chlapie, kropi, pluszcze, nadchodzi, wisi i grozi, a u nich tylko „drizzle, downpour i szkocka mgła-scottish mist”. My wpadamy z deszczu pod rynnę, a oni z patelni w ogień (from the frying pan into the fire). U nas może być niemożliwa dla nich do wymówienia dżdżysta jesień, a oni mogą zdobyć co najwyżej na „rainy season”. Możliwe, że brytyjska powściągliwość spowodowała niemal identyczna wymowa słowa „rain-deszcz” i „reign-panować”. „The queen reigns” nie znaczy, że JKM ponosi jakąkolwiek odpowiedzialność za deszczowy klimat Wysp, nad którymi panuje. Dżdżownice są na pewno wśród  jej najbardziej entuzjastycznych poddanych. Ładna pogoda i ciepła jesień jest w zbiorowej pamięci Anglosasów czymś tak niezwykłym i obcym, że pożyczyli nazwę takiego dziwoląga od kuzynów zza oceanu, którzy nazwali to „indiańskim latem”. Dla Polaków to, oczywiście, babie lato: słoneczne miesiące jesienne i cienkie pajęcze nitki, fruwające na  lekkim wietrzyku. Etymologia tego powiedzenia nie jest łatwa do odcyfrowania, ale możliwe, że jego źródłem był niemiecki odpowiednik „Altweibersommer-lato starych kobiet”. Słowo „weiber” jest bliskoznaczne dźwiękowo ze słowem „weben-tkać” , jak angielska „sieć-web” i „pajęczyna –cobweb” i z oryginalnego „lato starych pajęczyn” wyszło w tłumaczeniu „babie lato„. Tak czy siak, trzymajmy kciuki, aby babie lato trwało do listopada.

Tajemnice wiejskich opłotków
Aż strach pomyślić że ja, Polak mały, nie znałem do tej pory wielu niezwykłych, intrygujących nazw  wiosek w mojej macierzy. Jest ich setki, może tysiące i każda z nich ma jakąś historię, legendę lub po prostu daje wgląd w nazewnictwo ludzkich osiedli. Niewielka gmina Ryki w lubelskim województwie ma np wioski ,które albo nie lubią litery „ó” albo nazwy wpisywała do wikipedii młoda osoba z podstawówki– Brusuw,Budki-Krukuw,Chuduw-Nowiny, Edwarduw, Ogonuw i Podwieżbie. Nazwę innej wsi w tejże gminie, Oszczywilk, można uzasadnić tym, że dawno temu w okolicznych lasach były stada wilków, które pokazywały kły- staropolskie słowo „oszczyrza”, które dziś zmieniło się na „szczerzyć” zęby. Inne tłumaczenia są możliwe, ale mniej prawdopodobne. Większość takich wiosek nie ma własnych stron internetowych, bo rolnik nie ma czasu na takie zabawy i wystarcza mu pewnie słuchanie radia. Miasteczko-gmina Ryki zapewne wzięło swoją nazwę od hałasu licznych dzikich zwierząt, które zamieszkiwały gęste lasy otaczające tę osadę we wczesnym średniowieczu. Znane przez długie lata jako „stolica karpi”, Ryki urządzają co roku „Święto Karpia z Pradoliny Wieprza”, którego celem są pokazy lokalnych artystów oraz możliwość dla mieszkańców „pokazania się z dobrej strony”. Niezwykłe nazwy ludzkich osad często działają jak magnes. przyciągając ku sobie ludzi o nazwiskach, które w jakiś sposób kojarzą się z nazwa osiedla. Typowym okazem jest jezioro Oszczywilk blisko Torunia, w którego „zarybianiu” bierze udział pan Zenon Wilk. Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 14 września 2012 ©Stefan Grass 

67.Lustracja Sowizdrzała i Mistrz Twardowski

6 września 2012

Zwierciadełko, zwierciadełko,powiedz przecie
Kto jest najpiękniejszym w świecie?
Tyś, królowo, jest najpiękniejsza na świecie”
Bracia Grimm: Baśń o królewnie Śnieżce.

Były takie czasy w moim długim żywocie, że chętnie poddawałem się osobistej lustracji.Wprawdzie wmawiano mi, że człowieka nie sądzi się po wyglądzie, ale obserwując siostry, żonę i córki, własne i cudze, wolałem zlustrować się w zwierciadle, zwłaszcza przed wyjściem na spotkanie z moim poza domowym światem.. Niestety, słowo „lustracja” spadło ze schodów IPNu i wylądowało w błocie do smarowania ludzi zwanych TW (tajny współpracownik). Inne słowo, które uległo oszpeceniu w „Instytucie Prześladowania Nieznajomych”, to sponiewierana „teczka”, w której są pieczołowicie przechowywane i pilnie studiowane przez ciekawskich amatorów badania post-komuny beznadziejne nudne, często fałszowane, grafomańskie raporty agentów Służb Specjalnych o wielotysięcznej rzeszy TW. Na  szczęście, ucichło teraz trochę o tym lustrowaniu, które w przedziwny sposób odzwierciadliło prastare, pogańskie cechy polskiej duszy. Oczywiście, mało kto zastanawiał się nad rodowodem tego magicznego słowa, bo ważniejsze były ochy! i achy! tłumu przy każdym, nowym ujawnieniu jakiegoś „tewuka”. A lustro było od zarania ludzkich dziejów narzędziem magii do podglądania innych światów, tajemniczą bramą śmierci i symbolem prawdy. Gdy moja babcia dowiedziała się o śmierci kogoś z rodziny, to wkrótce wszystkie lustra w domu musiały być na jakiś czas zakryte kawałkami płótna, bo gdyby duch nieboszczyka ujrzał się w lustrze, to chciałby wrócić do życia jako upiór. Stłuczone lusterko było uważane za zwiastuna siedmioletnich nieszczęść. W starożytnym Rzymie „lustrum” miało znaczenie ofiary składanej na ołtarzu co pięć lat, po zakończeniu rejestrowania i podatkowania obywateli przez cenzorów. Zwierzęciem ofiarnym była zwykle świnia. To samo słowo, lustrum, miało także znaczenie bagna, trzęsawiska, a także rozpusty. Nasze bardziej swojskie zwierciadło wykluło się z czasownika „źrzeć-patrzyć” i kiedyś istnało jako staro-słowiańskie „zrcało” i przekształciło się najpierw w zierkadło, a wreszcie w zwierciadło. Sowizdrzał to bardzo zręczne spolszczenie niemieckiego złośliwego półgłówka, który w oryginalnych opowieściach XVI wieku pojawił się jako Till Eulenspiegel, wędrowny majster klepka, płatający figle. W pierwszym tłumaczeniu na polski otrzymał trudne imię Sownociardłek, które zmieniono później na Dyla Sowizdrzała. W XVII wieku stał się tak popularny wśród mieszczańskich fraszkopisów i satyryków, że powstała tzw „literatura sowizdrzalska”, której rubaszny język anonimowych autorów tak oburzył biskupa krakowskiego, że wpisał ją do indeksu ksiąg zakazanych i wnet pogrążyła się w niepamięć.Lustra, zwierciadła i woda jako lustro matki ziemi zawsze były i wciąż są ulubionym tematem poetów, pisarzy i dramaturgów. Od legendy o nieszczęsnym Narcyzie, który zakochał się we wlasnym odbiciu i przygód Alicji w krainie po drugiej stronie lustra do Harry Potter’a i jego zwierciadle do oglądania marzeń, „zierkadło” ma tyle intrygujących właściwości, że nie dam rady aby wcisnąć je w jeden felieton, krótszy nawet od niektórych listów w sprawie SPK. 😉

Magia w parafii Węgrowo
W tej niewielkiej wiosce Węgrowo, w pobliżu Grudziądza, stoi stary kościół pw Wniebowzięcia NMP, podniesiony przez Jana Pawła II do godności Bazyliki Mniejszej. Na internetowej stronie parafii jest szczegółowy opis bogatej historii kościoła, ale nie ma w niej ani słowa o magicznym lustrze Mistrza Twardowskiego. Lustro jest prawdopodobnie zrobione ze stopu srebra/złota i wisi nad drzwiami zakrystii. Jan Twardowski, polski wiedźmin, przywiózł to magiczne lustro z Niemiec i pokazał w nim królowi Zygmuntowi Augustowi ducha jego ukochanej zmarłej żony, Barbary Radziwiłł. To magiczne zwierciadło pękło na trzy części, ale nie ma pewności kto je w ten sposób uszkodził, chociaż krąży o tym wydarzeniu wiele legend. Władze kościelne zachowują dyskretne milczenie na ten temat, bo nie chcą przyciągać tłumy turystów.Zdjęcie można oglądać na stronie internetowej http://fotografika.i-csa.com/wegrow/lustro/twardowskiego.html .Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 7 września 2012 ©Stefan Grass 

66. Metafory i pułapki dla blondynek

31 sierpnia 2012

A  ci, co dziś wzdychając, klecą polskie rymy…
Muszą ginąć, rzuceni w te błękitne dymy
Które z trzyramiennego wychodzą świecznika
Jak z ablowej ofiary.- Metafora dzika.
Lecz domyślny czytelnik łatwo ją zrozumie.  ”
W.Gomulicki: Kocia

Gdy rozmawiam z Anglikami, staram się unikać kwiecistych przenośni i porównań mojej ojczystej mowy, tłumaczonych w pośpiechu na język Szekspira. Innymi słowy, wolę ugryźć się w język, zanim poślizgnę się na jakiejś polskiej metaforze. Po wielu latach mówienia i pisania po angielsku, mam nieco podobny problem w pogawędkach z moimi rodakami, bo czasem zdarza się, że jakiś typowo angielski idiom wypchnie mi z pamięci bardziej zrozumiały polski odpowiednik. Zamiast powiedzieć „nie strugaj wariata”, mówię do kuzyna „pociągnij mi tę drugą” co, oczywiście, sprawia, że patrzy na mnie jak ciele na malowane wrota. W podobny stan oszołomienia mógłbym wprawić moją wnuczkę, gdybym powiedział, „don’t whittle a madman”.Ponieważ idiomy różnych języków są rzadko wzajemnie przetłumaczalne, trudno się chyba dziwić, że strefa euro pogrąża się coraz głębiej we wzajemnym niezrozumieniu. Podstawowe znaczenia wielu słów roztapiam w metaforach i frazach aby, rzekomo, ułatwić moim słuchaczom zrozumienie tego, co chcę wyrazić. Patrząc na podniecenie widzów na igrzyskach olimpijskich w momencie dramatycznych finiszów,miałem wrażenie, że wyskakiwali ze skóry, podczas gdy zawodnicy wychodzili z siebie, aby zwyciężyć. Każdy atleta musiał mieć nerwy ze stali, co nie przeszkadzało mu rozpływać się we łzach radości po zwycięstwie, lub smutku po klęsce. Koniec tej niezwykłej ekstrawagancji był początkiem ściagania milionów Brytyjczyków z obłoków na ziemię. Teraz muszą trzymać nerwy na wodzy i nałożyć włosiennicę codziennych trudów. W tych kilku zdaniach dowiedziałem się, dzięki metaforom, że moje emocje to konie, które powinny mieć wędzidło, bo bez niego będą brykały. Jako istota ludzka mogę także wyskakiwać ze skóry, szybować  w obłokach i odprawiać pokutę za grzechy w codziennej harówce. Specjalna nisze mają dziś  tzw „wałęsizmy” innego noblisty, z których wybrałem na zakończenie tej opowiastki jedno przejęzyczenie, które wciąż rozśmiesza:”Ja już nie szukam pieniędzy za książki, bo te całkowicie udupiłem w sprawach społecznych…”(ps.oczywiście miał na myśli „utopiłem”).

Pułapki dla blondynek
Są także semantyczne pułapki, w które wpadają nawet Anglicy, a cóż dopiero mówić o cudzoziemcach, których jest tutaj „fair number” – no, właśnie! co to znaczy? płowy numer, uczciwa liczba, czysta ilość? Chyba „znaczna ilość”. „Fair” ma mnóstwo znaczeń w angielskim, a różnice są tak subtelne, że na każdej można się fatalnie poślizgnąć. Słynny film „My Fair Lady” jest wielowarstwową grą półsłówek i nawet wikipedia wzdrygnęła się przed tłumaczeniem tytułu (Moja Piękna Dama) albo Mayfair Lady – Dama z Mayfair, eleganckiej dzielnicy Londynu, bo w gwarze londyńskiej (cockney) Mejfer wymawia się Majfer czyli My Fair. Proste? Takie często używane potoczne powiedzenie jak „all is fair and square” (wszystko jest szczerze i po prostu) da się po polsku wyrazić „wszystko jest blond i kwadratowe”, co w języku snów jest całkiem prawdopodobne. Może angielski jest takim właśnie językiem, ale najpierw trzeba go błędnie przetłumaczyć na polski? Powojenny Fair Deal to Sprawiedliwy Porządek (albo Ład), a nie handel blondynkami (diler już wpadł do polszczyzny jak śliwka w kompot) na jarmarku, bo „fair” to także targ albo częsta w Anglii wenta dobroczynna, zwłaszcza gdy jest fair weather (ładna pogoda) i wieje „fair wind” (przychylny wiatr). „Fair” jest często używany w sensie „równych szans dla każdego”, ale  „fair sex” wcale nie znaczy „równouprawnienia płciowe”, lecz „płeć nadobna”, z której wykluczeni są mężczyzni w imię tejże równości. I na koniec – fair cop to slang kryminalny, który nie znaczy „blondyn policjant” ,ale „nie mam pretensji, żeś mnie aresztował”. „Fairy” ma dwa znaczenia: albo wróżka leśna, duch opiekuńczy albo slangowy „gej”, dziś już raczej mało używany. Fair enough czyli dość o kwadratowych blondynkach na targu wróżek. Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 31 sierpnia 2012 ©Stefan Grass 

65. Powrót chałupników i Tychy

25 sierpnia 2012

„Każdy coś umie i czegoś nie umie
Więc w tym, co umie,niech trwa i przywyka;
Sam się zawstydzi w swoim nierozumie,
Kto w niewłaściwe rzemiosło się wtyka.”
F.Zabłocki: Do Ignacego
Wiele lat temu kupowaliśmy regularnie worek mąki wprost z młyna i worek runa od hodowcy owiec w hrabstwie Kent. Były to czasy naszej młodości, gdy moja żona przędła, tkała i szydełkowała, a ja zmieniałem się raz na tydzien w piekarza i ugniatałem żytnią mąkę na ciasto do pieczenia bochenków chleba. Utrzymując rodzinną tradycję chałupnictwa, nasza córka nauczyła się garncarstwa, a dziś pracuję wraz z mężem w domu, produkując artystyczne przedmioty ze złota i srebra. Rewolucja przemysłowa, od samego zarania,  groziła nieuchronną zagładą  wielu wspaniałych zawodów chałupniczych, z wielowiekową tradycją. Początkowo niewielkie, rodzinne przedsiębiorstwa przemysłowe były stopniowo pożerane przez coraz większe firmy, które ewentualnie pochłonął Moloch globalnych, bezdusznych super-gigantów. Gdzie się zgubili krawcy i szwaczki, szewcy, kowale, nie mówiąc już o domowych koszykarzach, powróźnikach, ludwisarzach, rymarzach, zdunach, zecerach i wielu innych.? W internecie można odszukać dziesiątki tych ofiar industrializacji, z którymi zginęły także solidne, długotrwałe przedmioty codziennego użytku, zastąpione z cyniczną pogardą dla konsumenta przez „planowane zużycie” (built-in obsolescence), które jest cuchnącym źródłem „recyklingów”, rosnącej drożyzny, zanieczyszczeń i wielu innych chorób naszej tzw cywilizacji. Przewidywanie przyszłości nie jest wprawdzie moim zawodem, ale jako dziennikarz mam prawo do interpretacji tego, co jest już widoczne: rozpadająca się w gruzy reputacja banków, bez których przemysł nie potrafi istnieć, a w obecnej sytuacji wzrostu gospodarczego zbliżającego się do zera, szybko stworzy nieunikniony powrót do chałupnictwa. Wśród moich znajomych jest wielu zakamuflowanych chałupników, którzy przez skromność lub ostrożność bagatelizują swoje potajemne zawody. Znam garncarkę, introligatora, nalewkarza, lalkarki, felczerkę i pszczelarza, ale to tylko czubek góry lodowej. . Dostęp do internetu pozwala na reklamowanie często niezwykle oryginalnych wyrobów chałupniczych, a popyt rośnie ze wzrastającą popularnością agroturystyki. Gdybym był nieco młodszy, to wybrałbym może zawód pozłotnika, bo ta praca umożliwia dostęp do wielu produktów, takich jak ramy obrazów, rzeźby, przędzę,wyroby ceramiczne i skórzane okładki książek z wyzłoconymi literami. Dajcie mi ino szpachlę, szych,  cynfolię i gładzik, to wam pozłocę coś na pulment. Jak na słowoluba przystało, zacząłem od uczenia się języka pozłotników.

Ciche podsluchy
Internet coraz bardziej przypomina starożytne forum – plac spotkań, handlu, sądów i osądów, politykowania i plotkowania. Dziś niemal każde miasto, miasteczko czy nawet gmina ma swoje strony internetowe, a na nich „forum” dla mieszkańców, gdzie mogą dyskutować lokalne problemyi plotkować na dowolny temat. Każdy internauta ma dostęp do tych „jarmarcznych ” pogwarek, ale nie może wtrącać się do rozmów bez zalogowania. Parę dni temu wpadłem przypadkowo na forum górnośląskiego miasta Tychy, którego nazwa pochodzi rzekomo od słowa „cichy”, bo taką pewnie były jako wiejska gmina aż do 1951, gdy nadano jej prawa miejskie i włączono do niej pięknie zwane Paprocany i Wilkowyje. Tematów jest mnóstwo, ale ja lubię podsłuchiwać takie rozmówki, w których intryguje mnie język i słowa używane przez tubylców. Tyszanka Julia np ma problem z włosami i napisała: „Witam szanownych Tyszan i szanowne Tyszanki :).Szukam dobrego fryzjera, bądź fryzjerkę, nie drogiego, 😉 Może ktoś mi poleci? Chce zrobić sobie balejaż :)” Odpowiedział jej tyszański RedSpider: „co to ma wspólnego z Tychami…co kogo obchodzi twój balejaż.” Na co Julia ripostowała: „heh zero zrozumienia zapytałam o fryzjera w tychach ktory dobrze robi balejaz i zaraz takie ale? ” Ten „balejaż” od razu mnie zaintrygował, dzięki czemu odnalazłem jego tajemnicze znaczenie” Balejaż  z franc.balayage „zamiatać”) – technika fryzjerska polegająca na nakładaniu pędzelkiem na wybrane pasma włosów farby o różnych odcieniach – od jednego do kilku.”. Tyszanka Julia wkońcu znalazla fryzjerkę od balejażu.Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 24 sierpnia 2012 ©Stefan Grass 

64. Obiecanki –cacanki i meandry troski

17 sierpnia 2012

Obiecanki cacanki, a w Polsce jak kto chce
od tych banialuków w głowie kręci się.
Obiecanki cacanki, każdy z nas to zna
jednak Antoś wciąż w kieszeni dziury tylko ma.

Antoś i Ziuta Szprychowie
Nareszcie jesteśmy już po tej niesamowitej ekstrawagancji, którą rząd przemycił jako XXX Olimpiadę w tobołku wspaniałych obietnic, pod sprytnym hasłem „czekaj tatku latka”. Obietnica to piękne słowo dla oblubieńców, którzy przyrzekają sobie dozgonne węzły, dopóki jedno z nich nie zacznie narzekać. Wtedy „dozgonne” zmienia szybko znaczenie na „aż do rozwiązania węzła”, zwanego popularnie rozwodem, którego głównym semantycznym trzonem jest, oczywiście, woda. Jej bulgotanie słyszę także, gdy rozwodzę się zbyt długo na jakiś pasjonujący temat. Gdy ktoś zaczyna narzekać, wówczas obiecuję, że w przyszłości wyrzeknę się takich krasomówczych popisów. Człon „rzeka” z licznymi przedrostkami jest podświadomym ostrzeżeniem dla naiwnych o płynnej zmienności wszelkich obietnic. Początki obietnicy błąkają się w staropolskim słowie „obiata – ofiara”, co wzbudziło we mnie normalne u dziennikarza podejrzenie, że obiecywanie to nie taka prosta sprawa, jak nam się  może dziś wydawać. Obietnice mają wiele subtelnych odcieni. Są obietnice religijne typu „nie będę więcej grzeszył”, co w młodości tłumaczyłem sobie na „będę grzeszył, ale trochę mniej niż dotychczas.” Ziemia Obiecana” to pewnie najbardziej znana forma „obiecanki-cacanki”, bo jako emigrant nie jestem pewien, gdzie jest ta moja ziemia obiecana. Dość często obiecujemy sobie samym to i owo, jak np relaksujący urlop, który spędzamy na remoncie mieszkania albo, w najlepszym razie, na wyczerpującym łażeniu po górach. Moja kochana mama, robiła mi czasem obietnice-groźby w formie „poczekaj, poczekaj, jak tylko tata wróci z pracy.” Na szczęście, gdy ojciec wrócił do domu, mamusia zwykle zapominała, że obiecywała mi jakąś niesprecyzowaną karę ojcowską.

Praca zawodowa roi się od obietnic, bo każdy obiecuje komuś coś: szef podwyzkę, pracownik lojalność, rywale – kopanie dołków. Przymiotnik „obiecujący” ma dwa  znaczenia, które intrygują mnie do dawna. Gdy po przyjeździe do Anglii zacząłem pisać reportaże z obozu dla polskich uchodźców, wydawało mi się, że byłem obiecującym młodym dziennikarzem. Niestety, honoraria (£1) nie rokowały mi błyskotliwej kariery w Dzienniku, więc ruszyłem w poszukiwanie bardziej obiecujących prospektów i zostałem dobrze zapowiadającym się księgowym, dzięki czemu znalezłem pracę jako dziennikarz brytyjski. Nie wyrzekłem się jednak pisania po polsku i los uśmiechnął się obiecująco, co skusiło mnie ponownie na łamy Dziennika. Reszta to już tylko opowiastki pisane gęsim piórem.
Troska i dbanie
Mój ojczysty język jest wciąż pełen tajemnic, awanturniczych wędrówek znaczeń i powikłanych korzeni wielu słów. Czy troszczenie się o bliską nam osobę może być molem, który nas gryzie? Troska ma w polszczyźnie dwa sprzeczne znaczenia: albo jest to zmartwienie, zgryzota, niepokój albo dbanie o coś, o siebie samego lub o kogoś, zabieganie (o czyjąś pomoc, stanowisko, względy). Zanim te dwie troski wkręciły się w nasz język, ich początek krył się w czasowniku „trzeć”, które wyprodukowało takie potomstwo jak tarka, tartak, ścierka, rybie tarło, makutra (do ucierana maku z miodem) i trociny. Gdy coś mnie dręczy, to uciekam się do języka porównań i przeności i zgryzota od razu kojarzy mi się z ostrymi zębami losu, który żre moją znękaną duszę.
W takich poszukiwaniach zastępczych słów jest prymitywny strach przed złowrogą siłą klątw i czarów praktykowanych przez wiedźmy. Włos ofiary wplątany w zawiasy drzwi mógł powodować u niej straszliwe łamanie w kościach, a trociny zębatej piły rozsypane na progu domostwa były od razu podejrzewane o inwazję kłopotów, zwanych dawno temu troskami. Angielski „care” ma także podwójne znaczenie troski i opieki. Natomiast dla Czechów „troska” to „ruina”, a zmartwienie to „starost” co dla nas na jedno wychodzi. W opini psychologów, sygnałem zatroskania jest przygryzanie dolnej wargi. Tak jak to właśnie robię, bazgrząc ten zatroskany i troskliwy felieton. Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 17 sierpnia 2012 ©Stefan Grass 

63. Chorągiewka na dachu

10 sierpnia 2012

Chorągiewka na dachu śpiewa.
Pierwszej gwiazdy wypełza pająk.
Latarnie w czarnych drzewach, kołyszących się, mrugają.
J.Czechowicz: fragment z tomu Stare Kamienie

Miałem zamiar pisać o czymś innym, ale w pół drogi zmieniłem zdanie. Oczywiście, tego zdania, które zmieniłem, nikt nie widział, bo ono istniało tylko jako domniemany temat, krążący w moich myślach. Po angielsku powiedziałbym zwięźle, że zmieniłem mój umysł (I’ve changed my mind), co u Polaka wzbudziłoby niechybne podejrzenia, że miałem przeszczep mózgu. Rezultatem takiej operacji mogłaby być metamorfoza w chorągiewkę na dachu, która znana jest głównie z tego, że czasem zmienia się w koguta albo kurka i kręci się koniunkturalnie tak, jak wiatr wieje. W pewnym sensie jest ona symbolem naszej ludzkiej niestałości poglądów, ciągłych wahań, niezadowolenia z tego, co mamy i uporczywego szukania czegoś lepszego. Wszystkiemu winne są, rzecz jasna, te podmuchy zmian w losach każdego człowieka, które kojarzymy z pomyślnym lub złowrogim wiatrem, dmuchającym w żagiel naszego życia. Widoczny na lotniskach oraz igrzyskach (dziś zaczyna się Olimpiada) rękaw (po angielsku „skarpeta wiatru) jest często malowany w biało-czerwone pasy, co powinno dodawać otuchy naszym olimpijskim zawodnikom. Korzenie słowa „zdanie” od którego zacząłem tę krętą wędrówkę po ścieżce znaczeń, tkwią w niesłychanie płodnym czasowniku „dać”, z którego m.inn.zrodziły się datki, podatki, wydatki, sprzedawanie i dawanie, nieudany, poddany i zdawanie. Oryginalny rozkaźnik „dadź” zachował się w imieniu słowiańskiego Dadźboga – dawcy bogactw dla nieba i ziemi.
Schwytany w sieć
Nie trzeba nawet mieć kiełbi we łbie, aby znaleźć się w internetowej sieci. Wystarczy po prostu płynąć z prądem szybkich postępów w technologii, aby nagle stwierdzić ze zdumieniem, że trzepoczę się w sieci, bez żadnych szans wyskoczenia do tej rzeki ludzkich pomysłów, z których mnie wyłowiono. Trudno mi uwierzyć, że mój pierwszy, dość prymitywny, komputer zainstalowałem w 1993 – 19 lat temu, gdy internet zaczynał się tutaj szybko rozwijać, a w Polsce był jeszcze w powijakach. Zdybałem jedną ciekawostkę o tych czasach, gdy władze i Bezpieka wiedzieli tylko, że sieć to jest coś w co łapie się ryby w morzu. W ciekawym wywiadzie z polskim laureatem nagrody amerykańskiej EFF 1992 (Electronic Frontier Foundation), Andrzejem Smereczyńskim, dziennikarka Daniela Baszkiewicz, spytała go o początkach sieci w Polsce: ” To dziś może zabrzmieć jak żart, ale właśnie dzięki pierwszym polskim sieciom naukowcy mogli kontaktować się ze sobą w Polsce stanu wojennego pozbawionej telefonów. Jakoś uszlo to uwagi służb bezpieczeństwa. Widać wyobraźnia władzy nie sięgała aż tak daleko.” Kto wie, może nawet ten czy ów agent w kołach akademickich nie doniósł grubym rybom bezpieki, że naukowcy mają własną sieć. Jedyną reakcją na taką ważną wiadomość, było pewnie dużo śmiechu, bo przecież wędkarstwo nie mogło być groźbą dla PRLu.
Salut rzymski
Z ostatniej przedwojennej Olimpiady w Berlinie w 1936r zapamiętałem dwa zabawne epizody. Jednym było nieporozumienie dotyczące olimpijskiego tzw salutu rzymskiego maszerujących drużyn wielu krajów przed trybuną, na której stał Hitler. Ten gest podnoszenia prawej ręki był rzekomo pozdrowieniem gladiatorów, idacych na walkę w rzymskim Colosseum. „Ave Cesar, morituri te salutant!” (Bądź zdrów, Cezarze! idący na śmierć pozdrawiają cię.”). Polska drużyna zdjęła czapki, ale zawodnicy Francji, Kanady, Austrii i Włoch, wyciągnęli prawe ramię, co niemiecka publiczność przyjęła z entuzjazmem jako hołd dla Fuehrera – Heil Hitler. Nazistowski gest jest dziś w modzie wśród skrajnej prawicy, ale Komitet Olimpijski, o ile wiem nie zabronił jeszcze używania tegp gestu przez Olimpijczyków. Drugi epizod dotyczył słynnego polskiego długodystancowca , Józefa Noji. W biegu na 10,000 zostal w tyle i doczłapał się na 13 miejsce. Jego rywal, Janusz Kusociński, zdobyl srebrny medal i puścił plotkę, że Noji zjadł przed biegiem wielki „krwisty” befsztyk. Obaj walczyli w konspiracji i zostali zamordowani przez Niemców.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 10 lipca 2012 ©Stefan Grass

62.Ludzie pióra i driady w polityce

3 sierpnia 2012

Gdzie brzozy jasnych są kochanką źródeł
A  zaś przyczyna temu jest istotna,
Że na tych bagnach, gdzie potrzeba szczudeł
Jam wówczas bujał na młodości piórach,
Jasny i chmurny –jako księżyc w chmurach
J.Słowacki
Jak przystało na autora Gęsiego Pióra chciałbym dziś ujawnić kilka, mało mi dotychczas znanych, iście tajemniczych, szczegółów dotyczących upierzenia ptaków, które było przez wiele stuleci narzędziem pracy tzw do dziś „ludzi pióra”. Tutaj muszę wyznać szczerze, że chociaż jestem z zawodu człowiekiem pióra i czasem unosiłem się na skrzydłach natchnienia, albo latałem w młodości za ładnymi podfruwajkami, to nigdy nie uważałem się za ptaka.

Oczywistym powodem mojej przynależności do innego gatunku istot ciepłokrwistych jest to, że mimo uporczywych starań, nie udało mi się obrosnąć w piórka, zaś strojenie się w cudze piórka uważam za złodziejstwo inaczej. Przysłowia, poezja i proza obfitują od dawna w ptasie metafory i porównania, bo olbrzymia różnorodność tych niezwykłych stworzeń naszej planety musiała wprawiać ludzi w zachwyt, zdumienie, zazdrość, a może także marzenia o skrzydlatych wędrówkach, które urzeczywistniły się głównie w tych ciężkich, hałaśliwych i niebezpiecznych pterodaktylach, zwanych ironicznie samolotami. Szybowce, lotnie i paralotnie, to już niezły postęp w konkurencji z ptactwem, ale daleko nam jeszcze do olimpijskich zawodów z orłami czy nawet jaskółkami. Naukowe nazewnictwo upierzenia ma sporo słów, których nie spotyka się na codzień. Pióro składa się z elastycznej osi, dwóch chorągiewek, stosiny, promieni, przypiórka i dudki, której wnętrze zbudowane z ” delikatnych łuseczek rogowych nosi nazwę duszy„.(wikipedia).

Patrząc w zdumieniu na fotografie łabędzi płynących majestatycznie ulicami angielskich miast i miasteczek podczas lipcowych powodzi na zadeszczonej Wyspie, zadałem sobie od dawna dręczące mnie pytanie: dlaczego wodne ptactwo nie jest nigdy przemoczone do suchej nitki? Odpowiedź jest prosta: dlatego, że ptaki uprawiają regularne czyszczenie piór tłustym kremem, który pobierają z ich własnej apteczki, ulokowanej pod nasadą ogona, zwaną popularnie kuprem. Ten krem kuprowy nie tylko chroni ptaki wodne od przemoknięcia, ale jest także lekarstwem, które przemienia się w świetle dnia na witaminę D i jest regularnie łykany przez ptaki podczas ich codziennej toalety. Anglosasi mają specjalne słowo na ten ważny, ptasi zabieg: „preen”, co ma także uboczne znaczenie „bycia zadowolonym z siebie”. W polskim żargonie naukowym  ta pióroczystka jest jednym z higienicznych zabiegów „zachowania komfortowego” (ang. social grooming). Niestety, nawet ludzie pióra, nie mają takich deszczochronnych zabiegów komfortowych.

Driady w polityce
W mitologii greckiej, te zielonoskóre nimfy drzew, pełniły role ochroniarek puszcz i lasów, pląsały w orgiach bożka Pana (czy to był Polak?) i brały udział w polowaniach Diany. Tylko taki wielki poeta, jakim był Jan z Czarnolasu, mógł wpaść na pomysł zaprzegnięcia Pana i driad do polityycznego pamfletu, który napisał na powitanie króla Stefana Batorego. Król zaproszony przez kanclerza, Jana Zamoyskiego, przyjechał na polowanie w borach Zamchu, dziś sporej wsi w powiecie biłgorajskim (kiedyś w zamojskim). Gdy wieść o tych łowach dotarła do Czarnolasu, poeta chwycił swe gęsie pióro i napisał, po łacinie (bo Węgier Stefan po polsku ani w ząb), poemat „Dryas Zamchana” i „Pan Zamchanus”. Nimfy witają króla z polską gościnnością: „Co to za gość, o siostry, przyszedł w nasze kraje? …I nas o twym przyjeździe głosy dochodziły, I z tych lasów na oczy ludzkie wywabiły, Abychmy też twoję twarz wdzięczną oglądały I gościa tak miłego mile przywitały.” Poeta kryje się za driadami, bo w wyborach królewskich był zwolennikiem Habsburgów i tylko na prośbę kanclerza napisał ten panegiryk. Jego driady musiały jednak wcisnąć trochę polityki w ich powitanie: „To ty, o możny królu, łatwie wynicować Wszytko możesz, tylko chciej jawnie pokazować, Że jako sam przystojność i cnotę miłujesz, Tak niewstydu i fałszu w drugich nie lubujesz.” Jakże miło by było, gdyby dziś politycy wprowadzali nimfy do swych przepychanek.Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek,3 sierpnia 2012 ©Stefan Grass 

61.Długie włosy i babiniec

28 lipca 2012

„Nie będę sobie warkocz trefiła
Tylko włos zwiążę splątany
Bobym się bardziej jeszcze spóźniła
A mój tam tęskni kochany.
F.Karpiński: Laura i Filon
Traf chciał, że trafiłem przypadkowo na ten stary wierszyk o trefieniu warkocza przez guzdralską Laurę, biegnącą na randkę po ciemku z Filonem. Dziś już chyba żadna kobieta z warkoczami nie trefi ich, bo łatwiej jest pleść trzy po trzy, a potem owinąć te kosy wokół głowy, w stylu płowowłosej Ukrainki Julii Tymoszenko, niefortunnej więźniarki politycznej. Kilkaset lat temu istniało także słowo „trefniś” – błazen, zwłaszcza jako rozbawiacz ponurych władców. Teraz trefnisie przemienieli się  w telewizyjnych celebrytów. Niezbyt zabawny, na mój gust, Kuba Wojewódzki, to właśnie przykład jednego z licznych dziś trefnisiów medialnych. Królowie to my, drodzy Czytelnicy, bawieni przez tych wesołków (lub nie), których głównym zadaniem jest odwrócenie naszej uwagi od tego co jest ważne,ale ukryte w bełkocie politycznej propagandy. Długie włosy, bez względu na ich kolor, nie są bynajmniej oznaką głupoty, tak jak długa broda nie wymaga pokłonów szacunku przed  mędrcem. Te cieniutkie łodygi na naszych głowach oraz w innych częściach ciała, które są jak rośliny, bo mają korzonki i cebulki w skórze, rosną i więdną, chlubią się długą i zawiłą historię. Jaskiniowcy obojga płci byli z pewnością owłosieni od stóp do głów, bo nie mieli innej ochrony przed zimnem, dopóki nie nauczyli się robić sobie futer z włochatych mamutów. Są jeszcze ludzie różnych ras z obfitym uwłosieniem na ramionach, nogach, plecach i torsie, ale ogólnie mówiąc, mamy włochate głowy, a reszta to tylko kępki tej skórnej „roślinności”: takie jak brwi, rzęsy, wąsy, broda i te jedyne miejsca, gdzie włosy nigdy nie wyrosną: dłoń i podeszwa. Są inne miejsca, gdzie włosy zachowują się jak chwasty-samosiejki: w uszach, nozdrzach, pod nosem u starszych pań i jako krzaczaste brwi u starców. W pewnym sensie, to co dziś obserwujemy na Zachodzie, można uznać za emancypację włosów z ciasnych genderowych klatek. Młodsze pokolenia eksperymentują z fryzurami na wszelkie sposoby, barwiąc je na kolory tęczy lub układając w niezwykle formy. Z jakichś mrocznych powodów włosy w niektórych religiach i kulturach są traktowane jako coś nieprzyzwoitego. Św Paweł, w jednym ze swoich listów do Koryntian, napisał: „każda kobieta, która się modli albo prorokuje z nie nakrytą głową, hańbi głowę swoją, bo to jest jedno i to samo, jak gdyby była ogolona.”  Mężczyźni – czapki z głów; kobiety – chustki na głowę. A w synagogach – odwrotnie.Nasi dygnitarze kościelni, aby było śmieszniej, nakrywają łysiny na czubku głowy tzw „piuską”, czyli jarmułką, w których wolno im wchodzić do kościoła. Każda piuska ma inny kolor. Włosy to język, który ujawnia nam osobowość każdego człowieka. Wiedzą o tym fryzjerzy, psychologowie i wizażystki. Stoję przed lustrem w głębokiej zadumie nad moją siwizną i dwudniowym zarostem: nie mam ochoty na strzyżenie ani golenie, ale czy wypada mi łazić po ulicy z długimi, białymi włosami i siwą szpicbródką ? Czy po takiej metamorfozie będę wciąż mną czy kimś innym? Chyba odwiedzę znajoma wizażystkę z prośbą o poradę.

Babiniec
To słowo obiło się o moje młodzieńcze uszy, jako określenie zgromadzenia sąsiadek, ciotek i znajomych w pokoju, gdzie moja mama słuchala intymnych wyznań, dawała rady i stawiała „kabałę” dla wybranek. Mój ojciec i ja nie byliśmy dopuszczani do domowego babińca.Nigdy nie przyszło mi do głowy, że miało ono także staropolskie znaczenie „kruchty” kościelnej, kiedyś przedsionka dla kobiet i pokutników, później dla „bab po prośbie” i wreszcie osobnego pomieszczenia dla kobiet w synagogach i cerkwiach, bo ich obecność w głównej sali/nawie mogłaby mieć ujemny wpływ na modlących się mężczyzn, rozpraszajóc ich uwagę fryzurą, ubiorem i szminką na ustach. W niektórych meczetach miejsca dla kobiet odgrodzone są parawanami, za które mężczyznom nie wolno zaglądać.Niestety, klątwa Matki Ewy, nie jest łatwa do usunięcia.  Babiniec to także nazwa szczytu w Karkonoszach, otoczonego wieloma malowniczymi „skałkami”, jak np Ptasie Gniazdo, Paciorki i Końskie Łby.Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek,27 lipca 2012 ©Stefan Grass