Posts Tagged ‘Gęsim Piórem’

79.Nadzieja i sen nocy zimowej o powrocie

30 listopada 2012

A siostra lęku o zielonej twarzy,
Nadzieja, co jest wahania podnóżem,
Z obawą stojąc wciąż na jutra straży,
Nie dba o wieczne dziś, czyniąc je stróżem.”
L.Staff: Serce korsarza
Odlot moich gęsich piór z ich przytulnego legowiska na stronie fotografii, fraszek i figlarnych humor-opisów jest spowodowany tzw „siłą wyższą”. Jest nią mój wzrok, zagrożony komplikacjami po operacji usunięcia zaćmy. Powiedzenie „nareszcie spadła mi z oczu katarakta” wywołało całkiem odwrotne znaczenie, bo przestałem dostrzegać to, co widziałem dość wyraźnie przed operacją. Pech? Chyba tak, ale żywię się nadzieją, że po kilku tygodniach i nabyciu nowych okularów, ślepowron przemieni się znowu w sokoła. Słowo „nadzieja” przeszło intrygujące metamorfozy od czasów Reja i Kochanowskiego, gdy istniało jako czasownik „nadziewać się – spodziewać się” albo przymiotnik „nadzieżny-pewny”. Stopniowo, ludzie zorientowali się. że nadzieja jest, jak pisze poeta”  wahania podnóżem” i nie ma w niej już ani krzty buńczucznej staropolskiej dufności we własne siły. Życie bez nadziei jest psychiczną głodówką, bo ta wewnętrzna ufność, że moje oczekiwania, marzenia, sny urzeczywistnią się kiedyś – może jutro, albo za miesiąc lub w późnej starości, jest moim koniecznym pożywieniem.. Chmura metafor, w której tańczy ta nieuchwytność, te iskierki, przebłyski, promyki, świtanie, robi wrażenie jakichś mistycznych witamin, które pozwalają mi przeżyć trudne chwile. Jak wieszcz Słowacki napisał w poemacie „Testament mój”: ” Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei/ I przed narodem niosą oświaty kaganiec/ A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei/ Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec.” Warto może dodać tutaj, że  poeta użył słowa „kaganiec” w znaczeniu dużego kaganka, a nie psiego namordnika. Rym do „kaganek” byłby „ganek” – beznadziejny jako metafora na boskie rzucanie ludźmi, którzy idą na śmierć.

۞

Dla zwolenników teorii spiskowych, których nie brakuje ani w Polsce ani na emigracji, mogę przedstawić inny scenariusz mojego zniknięcia z łamów Dziennika. Tylko moi najbliżsi wiedzą, że skontaktowałem się z ufoludkami i mam już zarezerwowane miejsce w rakiecie interplanetarnej, do której wsiądę z garstką ocaleńców z końca świata który, jak wiadomo z Kalendarza Majów, nastąpi za trzy tygodnie. Te pojazdy czekają na nas w podziemnych jaskiniach-garażach na magicznej górze Pic de Bugarach. Bu-garaż ( po polsku) to malutka wioska pirenejska, gdzie już koczuje ok.20,000 turystów oczekujących na przyjazd kosmitów. Władze lokalne obawiają się, że histeryczna panika przed zagładą może spowodować masowe samobójstwa, co zdarzyło się w czasie poprzednich „końców ziemi” i dlatego dostęp do tego „picu na wodę” jest zakazany na trzy dni przed i po 21 grudnia. Według opinii znawców,  wygrzebana z kalendarza Majów przepowiednia była po prostu kwiecistą metaforą nadziei, panującej dynastii monarchów, że potrafią przetrwać do Roku Smoka 2012. Zmiany w życiu planety i jej mieszkańców są konieczne i nieuniknione. Gdyby nie było zmian, to my, jaskiniowcy, wciąż byśmy toczyli nierówne boje z dinozaurami. Zastój energii, to gnuśność, samozadowolenie i powolna degeneracja. Bądźmy gotowi na zmiany- bez końca świata.

۞

Na pożegnanie krótki, nostaligiczny poemat prozą – mój sen nocy zimowej:

Nie mam tu sani, ni konia, ni śniegu -Kuligiem nostalgii popędzę hen w dal-Przez białe bezdroża, przez lasy i góry-Nocą gwiaździstą do domu sprzed lat.-Cicho zapukam do milczących okien- I szeptem zapytam czy  pamiętasz mnie wciąż -Twe sny się wykradną na nasze spotkanie- Uśmiechniesz się do mnie, lecz w oku twym łzy -Dla pielgrzyma,zgubionego w bezdrożach tułaczki, który tęskni za sercem swych dziecięcych dni, Bo tutaj ma tylko niemą lutnię bez strun i pamięć dźwięków kolęd w wigilijną noc.

Zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia i  Szczęśłiwego Nowego Roku  dla Redakcji i Miłych Czytelników Dziennika  – chluby polskiej prasy na obczyźnie.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 30 listopada 2012 ©Stefan Grass

Reklamy

78.Co w trawie wrzeszczy, gdy rozsądek śpi

23 listopada 2012

Jam z tych światów, gdzie grzech ,śpiewając, pląsa,
Gdzie płoną piersi, wargi i kły, chciwe strawy—
Gdzie róża, krwią nabiegła, lilię białą kąsa,
I gdzie jeszcze brzmi w słońcu zielony wrzask trawy!”
B.Leśmian: Rozmowa
Uciekający listopad zapamiętam sobie jako miesiąc huraganów, ulewnych deszczów, skandalicznych rewelacji, niesamowitych idiotyzmów prasowych i ludzi spadających z piedestałów, jak jesienne liście. Nawet nasz Dziennik, zwykle oaza spokoju, omal nie utonął w burzliwym słowotoku listów do redakcji. W ostatnich trzech tygodniach każda nowa wiadomość wprawiała mnie w mniejsze lub większe osłupienie, może dlatego że coraz trudniej jest mi zrozumieć dziś mentalność, słowa i działania młodszego pokolenia. Gdy dowiaduję się o o kulisach tego, co się dzieje w takim imperium informacji jak BBC albo o gigantycznych gażach jego nieudolnych, pechowych lub leniwych szefów, to mam wrażenie, że znalazłem się na obcej planecie. Wydaje mi się. że na szczytach i pagórkach władzy zniknęło wyczucie proporcji, między rozsądkiem i fantazją.  Oczywiście, w duszy każdego z nas jest zapewne ten „skrzypek na dachu”, melancholijny Tewje , który wzdycha i śpiewa „gdybym był bogaczem…” W mojej osobistej Utopii powinna istnieć absolutna granica gaży dla wszystkich, bez względu na wiedzę, talent i pozycję na drabinie kariery. Może wtedy spełniłyby się senne marzenia Mleczarza ze sztetla Anatewka – każdy byłby bogaczem.

۞

Dawno, dawno temu było takie słowiańskie prasłowo: uć, którego szczątki plączą się w takich słowach jak zzuć, obuć, uzda , onuca i obco brzmiąca zuwadlnia albo wyzuwalnia, a po staremu, to zwyczajna szafa, miejsce na składanie zzutej sukni i innych części garderoby. ”Wyzuty” ogranicza się dziś do rozbierania kogoś z  “czci i wiary”, a buty to się wkłada i zdejmuje raczej niż zzuwa i wzuwa. Nie mam jednak pewności czy cześć i wiarę można wzuć i jeśli tak, to jak? Takie rozważania przychodzą mi do głowy -zwłaszcza w piątki – i wtedy wracam spontanicznie do takich języcznych staroci po ocyknięciu się ze snu. Z tym oc(k)nięciem to także jakaś dziwna metamorfoza zaszła w ciągu wieków. Brueckner twierdzi: “częstotliwe ocykać się, zamiast *ocycać się, bo w ocknąć k dopiero pojawia się w 16 wieku”, ale później dodaje, że *ocycać nie pojawia się u Słowian w tej formie, tylko jako słowo ocucać. No, dobrze, wobec tego dziś rano nie byłem ocucony, tylko oc(k)nięty czyli wyciągnięty ze szpon  dziwacznego stanu jakim jest sen. Gdybym się nie ocyknął, to pewnie ktoś musiałby mnie ocucić abym mógł wreszcie mógł odzyskac świadomość moich “cuci”- zmysłów. No, i jak tu nie podziwiać cudownej cudaczności naszej pięknej mowy

۞

Czy powieści, które czytamy mogą mieć jakiś wpływ na nasze życie?Przed wojną i w czasie okupacji czytałem zachłannie wiele powieści, starych i nowych, a także kilka tomów Wiadomości Literackich, gdzie popisywała się awangarda przedwojennych pisarzy, poetów i eseistów.  Z bestsellerów, które utkwiły mi w pamięci i w jakiś przedziwny sposób skojarzyły się z  przygodami i karierą emigranta, to przede  wszystkim „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”, Sergiusza Piaseckiego, przemytnika, agenta wywiadu, bandyty, pisarza, AKowca, uciekiniera z PRLu i emigranta w Anglii, Jego powieść, która wydobyła go z więzienia świętokrzyskiego, dzięki poparciu Melchiora Wańkowicza i dała mu nowe życie, odbiła się jakimś echem w moim awanturniczym życiu AKowca, który przemycił się przez zieloną granicę do Włoch, gdzie przypadkowo spotkalem Melchiora Wańkowicza. To on poinformował mnie, że Piasecki też uciekł z Polski i był w Rzymie, oczekując przyjęcia do II Korpusu i emigracji na Wyspy Brytyjskie. Tutaj, Sergiusz pisał powieści, a ja reportaże dla Dziennika z obozu uchodźców , gdzie byłem sanitariuszem w szpitaliku, co powiązało się ładnie z inną moją lekturą, Choromańskiego „Zazdrość i medycyna”. Traf chciał, że mój trzeci bestseller, „Zaklęte Rewiry” Worcella, wpędził mnie do hotelu Piccadilly, gdzie nie byłem wprawdzie kelnerem, tylko fagasem w błękitnym mundurze ze złotymi guzikami, wręczającym gościom pocztę i klucze do apartamentów. Życie to powieść i odwrotnie.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 23 listopada 2012 ©Stefan Grass

76. Fakty, fantazje i nitrogliceryna na nice

9 listopada 2012

„Zewsząd nas błędy toczą pod prawdy pozorem;
Szalbierstwo polityki barwi się kolorem…
Łagodność w zarzuconym upodleniu drzymie;
Ucisk zyskiem godziwym, zemsta punktem sławy..”
F. Zabłocki (1750-1821)
Ostatnio zaczynam dopuszczać do siebie okropne podejrzenie, że moja emigrancka polszczyzna staje się niezrozumiała dla rodaków w kraju. To wrażenie nie jest bezzasadne bowiem, prawdę mówiąc, mam coraz większe trudności ze zrozumieniem bełkotu krajowej prasy, polityków i tzw rzeczników, wyjaśniających w naukowym żargonie znaczenie „zjonizowanych wysoko-energetycznych składników” we wraku pechowego tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku. Muszę wyznać, że gdy przeczytałem rewelacje dziennikarza Gmyza w Rzeczpospolitej”, która pretenduje do reputacji poważnego pisma, a nie żerującego na sensacjach brukowca, słowo „nitrogliceryna” wywołało u mnie momentalnie, czysto osobiste,skojarzenia. Otóż, gdy wychodzę z domu, zawsze mam w kieszeni małą buteleczkę z nitroglyceryną. Wsiadając do autobusu lub kolejki podziemnej, mam prawo rozpylić ten wybuchowy materiał pod język, jeśli czuję zbliżający się atak dusznicy czyli anginy serca. Te objawy są dobrze znane tysiącom ludzi w starszym wieku, gdy człowiek jest mnie odporny na stresy codziennego życia. Jeśli ten autobus uderzy w latarnię i strzaska się, uśmiercając wszystkich pasażerów,włącznie ze mną. to na tym miejscu gdzie siedziałem badania chemiczne znajdą ślady nitroglyceryny. Reporterzy mają obowiązek ustalania dostępnych faktów i zadawania takich oczywistych pytań, takich jak „co było przyczyną tego wypadku.” Jeżeli tego dnia była mgła, co w Anglii nie jest rzadkością, jezdnia była śliska, a kierowca był zdenerwowany zachowaniem pasażerów, to reporter ma przed sobą mieszaninę faktów (mgła) i domysłów (kierowca). Dalsze badania specjalistów mogą wykryć ślady chemicznych „składników wysokoenergetycznych”- którymi są, wśród wielu innych chemikalii, także cząsteczki mojego lekarstwa. Dziennikarz, który napisze w reportażu, że w autobusie siedział samobójczy terrorysta, fantazjuje, tworzy medialną sensację i rzuca oszczerstwa na Bogu ducha winnego pasażera. Moja opowiastka nie da się porównać z medialnym tsunami, które rozpętała „Rzepa” swoją decyzją opublikowania sensacyjnych rewelacji. Redaktor naczelny „Rzepy”, po trzech wersjach wycofania gazety z tej awantury, oddał się do dyspozycji swoich pracodawców i poszedł na zasłużony urlop. Pochopny Gmyz zwołał konferencję prasową, na której był nieobecny, jak to puste krzesło Obamy w osławionej promocji Romneya na prezydenta Stanów Zjedn. Emocjonalny wybuch prezesa PiSu nie był chyba dla nikogo niespodzianką, bo nawet prasa zagraniczna opisała to wydarzenie jako ” ekscesy medialne, histeria polityczna, obelgi, teoria spiskowa i paranoja – polskie życie publiczne przeżyło właśnie epizod zdumiewającej gorączki” (Le Monde) „Polskie piekiełko” interesuje mnie głównie z punktu widzenia słów, znaczeń i fraz, używanych w tym kontekście. W tym najnowszym „polskim psychodramacie” zaintrygowała mnie jedynie etymologia nazwiska kolegi-dziennikarza, Cezarego Gmyza. Słownik Brǖcknera podaje, że słowo „gmyz” ma pień „güm-roić się”, co przeszło, po wielu zmianach, w czasownik „gmerać, przeszukiwać”. I tak oto, Cezary gmerał, szperał, aż wreszcie znalazł: niewypał.

* * *
Polskie „nice” jest naszym stuprocentowo rodzimym słowem i nie ma odpowiedników w innych językach słowiańskich. Jego rodowód tkwi zapewne w czasowniku „niknąć”, którego dziwaczność polega na tym, że obejmuje dwa przeciwne pojęcia: znikać i wynikać. Wciśnięte między nimi „przenikać” oznacza dostawanie się na drugą stronę i „nicowanie” jest taką właśnie czynnością.Odwracanie znoszonego po prawej stronie materiału na nice było kiedyś oznaką ubóstwa, ale dziś produkowane są płaszcze które można nosić”na odwyrtkę”: jednego dnia lice w kratki, a drugiego nice w paski. Ktoś sprytny wpadłl na pomysł oszczędzania obu stron materialu. Mam nawet gdzieś w szafie taki prochowiec „Odwyrtka” jest czysto gwarowym wyrażeniem, które przyjęło się w potocznej mowie wraz z nieodłączną przyczepką przyimkową – „na”. W rozmowie nie jest tak trudno zrozumieć coś na odwyrtkę, zwłaszcza gdy nasz rozmówca opowiada „głodne kawałki” o fantazyjnych „faktach”.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 9 listopada 2012 ©Stefan Grass

75.Kciuk a sprawa polskich gestów

9 listopada 2012

„..głos mniej może niż gest być udanym,
I stąd mniej skory jest i mniej wygodny,
I musi kłamstwo wpierw zagaić ruchem
Drugich, aż tego sie nazbiera wiele—”
C.Norwid : Zwitek Pierwszy
Ożywiona gestykulacja Obamy i Romneya była dla mnie jedyną atrakcją ich raczej nudnych przepychanek przedwyborczych. W stylu kowbojskich filmów, Obama często celował w swego przeciwnika wskazującym palcem który, według znawców mowy ciała, reprezentował rewolwer. Ten sam palec, w ruchu podkreślającym argument, był równoznaczny z kanonadą.Jeśli Romney machnął ręką lekceważąco, to sygnalizował spudłowany strzał- z jego punktu widzenia. Rzęsiste brawa z widowni, obaj kandydaci mogli przyjąć podnosząc wyprostowany do góry kciuk prawej dłoni.Kciuki rzymskich kiboli na igrzyskach w Kolosseum decydowały o życiu lub śmierci walczących gladiatorów. Do dziś pamiętam tę piękną scenę w angielskiej wersji filmu Quo Vadis, gdy olbrzym Ursus ratuje piękną Lygię, przywiązaną do pala, zabijając byka. Peter Ustinow w roli Nerona daje sygnał kciuka w dół, ale lud i jego najbliżsi dworzanie buntują się zgodnym pokazem kciuków do góry. Polski „kciuk” to odmieniec, bo u Słowian zawsze nazywał się „palec. Coś się widocznie misjonarzom nie podobało, że ksiądz chrzcił dzieci „palcem”. Palec, używany do takiej ważnej funkcji religijnej, musiał być jakoś wyróżniony i dlatego dostał nazwę „krzcik”, którego wymowę zmieniliśmy ostatecznie na „kciuka”. Istnieją inne wersje etymologiczne, ale ta wydaje mi się najbardziej prawdopodobna. Normalny Polak ma szesnaście palców, dwa kciuki i dwa paluchy. Inne nacje mają osobne nazwy na palce u nogi (toes, zehen, orteils), co dla wielu cudzoziemców może prowadzić do zabawnych nieporozumień. Gesty dominowały kulturowo przed i podczas ostatniej wojny światowej, ale do dziś zachował się chyba tylko tzw „zajączek” albo V Churchilla: wskazujący i środkowy palec wyprostowane, kciuk i pozostałe palce zwinięte. Mało znane w Polsce jest hawajskie „shaka” (wyluzuj sę): podniesienie dłoni z kciukiem i małym palcem wyprostowanym, reszta zgięta. Na Hawajach jest to gest przekazywania „energii aloha”, a po polsku „trzymaj się! bądź zdrów/zdrowa”.

* * *

Jeśli gestykuluję w odpowiedzi na czyjeś pytanie, to po prostu uzupełniam mową ciała brakujące mi słowa. Gdy zgubiony w ostępach londyńskich cudziemiec pyta mnie, gdzie jest najbliższa stacja kolejki podziemnej, wtedy zamieniam się w drogowskaz, wskazując ramieniem kierunek, w którym powinien iść. Na dodatek, mogę rozczapierzyć palce obu rąk, dodać słowo minuty i stać się zegarem. W epoce komputerów i wielu technologicznych ułatwień w porozumiewaniu się z coraz większą liczbą wędrujących emigrantów, „znaki” wypierają mówione słowa. Papieros przekreślony na ukos czerwoną kreską  jest lepiej zrozumiały dla nieznających języka palaczy tytoniu. W żargonie naukowców, w mediach  i licznych grupach kulturowych przyjęło się teraz słowo „ikona”, które nie odnosi się już wyłącznie do sakralnych obrazów, które „perygrynują” w Polsce i po świecie,  głównie w celu propagandowej ewangelizacji lub promowania ośrodków kultowych, takich jak Jasna Góra, Fatima czy Gwadelupa. Ikoną może być dziś żywy celebryta, aktor albo zmarły „król pop”, Michael Jackson. Mój podeszły wiek sprawia, że na takie ikony mogę tylko zareagować rozwarciem ramion w geście bezradności .

* * *

Publiczne ubikacje ze znakami odpowiednich genderów (spódnica i spodnie) mogą jednak spowodować nieporozumienia w niektórych krajach, gdzie takie znaki rozpoznawcze mają inną formę. Na webie jest cała strona o tych znakach, którą warto obejrzeć przed wyjazdem na wakacyjny odpoczynek. rhttp://losu.org/world/the-many-different-types-of-toilet-signs  Niektóre z nich są zabawne, inne prawie nieczytelnedla Europejczyka, a niektóre zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych, jak np paryskie znaki astrologiczne: Wenus i Mars. Chyba zapiszę się na kurs semiotyki – nauki badania znaków.

Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 2 listopada 2012 ©Stefan Grass

74.Alkierze i dworki w altance na dworze

25 października 2012

Ja mówię, że poezji nie ma bez poloru,
A polor być nie może, tam gdzie nie ma dworu:
Dwór to sądzi o smaku, piękności i sławie;
Ach, ginie Polska! dworu nie mamy w Warszawie.
A.Mickiewicz: Dziady

Wychodzę z dworca w Krakowie i z dworską galanterią, pytam stojącą obok Krakowiankę, czy u nich zawsze tak zimno na dworze. Starsza pani obrzuca mnie podejrzliwym spojrzeniem i mruczy pod nosem: „Na dworcu jest przeciąg, a na polu jesień, więc może jest ździebko zimnawo.” Odpowiadam że, na szczęście, do pola daleko, a ona dziwi się, bo przecież pole to ulica, na której stoimy. Gwarowe zderzenia między Polakami z różnych rejonów kraju, nie są dziś już tak częste jak w moich młodych latach, bo  pokolenia powojenne stworzyły swoje własne słownictwo. Dwór szlachecki był kiedyś szerokim pojęciem, obejmującym zarówno dom mieszkalny, jak i przylegające podwórze, park i zabudowania dla służby, dobytku i plonów. Stąd właśnie powstało dzisiejsze wyrażenie „na dworze” czyli na przrstrzeni przed dworską siedzibą.W tej intrygującej metamorfozie znaczeń każdy z  nas jest dzisiaj posiadaczem dworu, bo wychodzi na dwór. Dwór królewski czy książęcy był bardziej jak fruwający rój ludzkich pszczół, który przemieszczał się razem z królem lub magnatem do wielu zamków lub dworów. Chociaż w takim roju były zawsze pracowite, służebne pszczółki, sporą część wędrujących dworów stanowili trutnie-bezrobotni rycerze, dzisiejsi ochraniarze, oraz panny i damy dworskie dla towarzystwa, intryg i plotkowania. Komunizm, gorliwie i bezmyślnie, tępił ziemiański styl życia, co doprowadziło do zniszczenia lub całkowitego zaniedbania wielu zabytkowych dworów i dworków. Słowo „dworek” jest dziś często  reklamowym chwytem w agroturystyce, ale te nowe imitacje dawnych dworków są określane przez  znawców architektury dworkowej jako „kundlizm architektoniczny i koślawe potworki przy uliczkach o jednorodzinnej zabudowie”. Dworek bez alkierzy,sieni, lamusa, ganku i altanki w parku to pułapka dla naiwnych mieszczuchów, nostalicznie szukających polotu dawnych dworek i dworzan. Eleganckie dwory i nawet pałacyki  były przekazywane w formie darów dla faworytów królewskich, a później dla Prezydentów i zasłużonych celebrytów narodowych. Dworek Ignacego Mościckiego w Ciechocinie, pałacyk Sienkiewicza w Oblęgorku, dworek Marii Konopnickiej w Żarnowcu k/Krosna to kilka przykładów, które istnieją do dziś. W krakowskich Bronowicach Małych jest dworek „Rydlówka”, gdzie Wyspiański umieścił akcję dramatu słynnego „Wesela” z okazji ślubu poety Lucjana Rydla z wieśniaczką spod strzech.

* * *

Adam Mickiewicz był zauroczony tuchanowicką altaną, w której spotykał się ze swoją niedoszłą kochanką, Marylą Wereszczak. Ta altana pojawia się jako domek potajemnych schadzek nie tylko w „Dziadach” ( Spojrzę na dół… na szpaler… patrz, tam przy altanie, Ujrzałem ją niespodzianie!), ale także w „Czatach” („Z ogrodowej altany wojewoda zdyszany/Bieży w zamek z wściekłością i trwogą). Kiedyś mieliśmy nawet ładne polskie słowa- chłodnik albo ciennik –które okreśłały trafnie funkcję tych małych pokoików ogrodowych, ale pomijały ich równie ważne znaczenie erotyczne. Faust Goethe’go też spotyka niewinną Małgorzatkę w altance i jest całkiem możliwe,że gdy obaj poeci spotkali się w Weimarze, obaj wzdychali o swych nieszczęśliwych przygodach miłosnych. Goethe rzekomo zakochał się beznadziejnie w pięknej pianistce, Marii Szymanowskiej, która była teściową Adama i zaaranżowała tę pogawędkę dwóch romantyków XIX stulecia. W architekturze znane są także trzy odmiany altany: belweder, kiosk i pawilon. Kiosk, dawniej ażurowa altanka, schamiał jako nośny sklepik; belweder awansował do rangi pałacyka, a w pawilonach gnieżdzą się wystawy. Przystanek autobusowy z ławeczką i dachem to też taka niby-altanka, którą można używać także na randkę w ciemno.

* * *

Dziwne rocznice 26 października: 1927 Polska otrzymała serce Kościuszki, urodziny 1947 Hillary Clinton 1964 Janusz Palikot. 31 paźdz. Noc przedzaduszkowa – Dziady. Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 26 października 2012 ©Stefan Grass 

73. Na bakier z tabakierką i gwara Wiecha

19 października 2012

„Ty, co myśli strudzone orzeźwiasz z uśpienia,
Ty, co odpędzasz nudy i zmniejszasz katary,
Rozkoszo wielkich nosów, osłodo zmartwienia,
Tabako!darze nieios, przyjm moje ofiary”
Hipolit Błotnicki(1792-1886)
Czasem trudno mi uwierzyć, że ja, człowiek XX wieku, zażywałem od czasu do czasu tabakę w moich młodych latach. Tabaka była nałogiem XVIII stulecia, używana nagminnie przez arystokrację zachodnich krajów Europy. W Rosji car Michał I był zajadłym wrogiem tabaki i obywatel złapany na kichaniu, spowodowanym tym diabelskim proszkiem, był najpierw tłuczony kijami, przy drugiej wpadce – obcinano mu nos, po trzeciej egzekucja. Papież Urban VIII dosszedł do wniosku, że kichanie miało coś wspólnego dźwiękowo z orgazmem seksualnym  i zalecił, aby kichaczy ekskomunikowano. Wydaje mi się, że zażywanie tabaki  miało renesans w czasie wojny, bo kręcenie tytoniu w bibułce albo skrawku gazety wymagało pewnej palcowej zręczności. Niezręczny skręt był niemożliwy do palenia. Starszy pan, który zapoznał mnie z tym nałogiem kichania, pokazał mi także moją anatomiczną tabakierkę czyli tzw dołek promienisty, trójkątne wgłębienie na przedłużeniu ścięgien i kosteczek kciuka. Aby go zobaczyć, trzeba wyprostować kciuk i odsunąć go jak najdalej od reszty palców W ten dołek wsypywało się szczyptę tabaki i niuchało, a po chwili eksplodowało potężne kichnięcie, czasem nawet dwa lub trzy. Na przekór fantazjom Watykanu, kichanie nie powiodło mnie na wyżyny erotycznych uniesień. Po jakimś czasie dałem za wygraną, ale odkryłem nieznaną mi przedtem rolę mojej naręcznej tabakierki. Dziś tabaka jest znowu popularna wśród  niuchaczy zwanych tabacznikami, którzy nawet mają swoje festiwale i mistrzostwa „tabaczenia” w rejonach nadbałtyckich.  Chorwaci nazywają tabakę „burmut”, słowo  tureckiego pochodzenia ( „burun-nos” i „otu-trawa”) czyli trawa dla nosa. Angielski „snuff” to nie tylko tabaka i spalony koniec knota, ale także czasownik „niuchać tabakę, gasić świecę. umierać (snuff it) i zabijać.”

* * *

Dawno temu mówiono „włóż czapkę na bakier, ot tak, z kozacka,” czyli na ukos, przechyloną do prawego ucha. Taka była moda przedwojenna, a dziś też noszę mój tyrolski kapelusz i zimową czapkę futrzaną  po zawadiacku, na bakier. Skąd się wzięło to dziwne słowo w polszczyźnie? Jego korzenie tkwią w niemieckiej komendzie żeglarskiej „backbort kehren – , obracać ku lewej burcie”, co rosyjscy flisacy usłyszeli jako ” na biekreń”, a nasi oryle/flisacy przerobili na „ru bakier”. Innym, prawdopodobnym źródłem mogło być francuskie „a bas coeur – w stronę serca, czyli w lewo”, chociaż trudno mi sobie wyobrazić spotkania francuskich tratw z polskimi.  Gdy te flisackie komendy przeniknęły do codziennej mowy, bycie na bakier zaczęło nabierać negatywnych znaczeń. „Nic mi się nie udawało, wszystko poszło na bakier.”  Zdarza się także, że sąsiedzi są na bakier ze sobą czyli żyją w niezgodzie albo krzywią się przy spotkaniu, co można wyrazić tym wymownym grymasem, polegającym na skrzywieniu dolnej wargi w lewy kącik. Przeglądając strony webowe, byłem zaskoczony powrotem tej frazy w licznych artykułach, książkach i wywiadach. Okazuje się, że młode pokolenie potrafi być na bakier z miłością, prawem, konwenansami, jedzeniem, a także- najczęściej – z poprawną ortografią.

* * *

Kto dziś pamięta Stefana-felietonistę, którego Tuwim nazwał „Homerem warszawskiej ulicy i warszawskiego języka”? Stefan Wiechecki (1896-1979) pisał pod pseud.”Wiech”, wspaniale uwieczniając zaginioną i zapomnianą dziś gwarę Śródmieścia, a po wojnie Targówka i   Szmulowizny. Jego przedwojenne felietony o gawędziarskim panu Piecyku i Walerym Wątróbce były moją ulubioną lekturą .W PRLu  jego twórczość była uważana za poniżanie ludowej polszczyzny i jego cenzurowane książki byly niedostępne w bibliotekach. Niektórzy krytycy i poloniści też potępiali jego gwarowe pogwarki, ale publiczność uwielbiuała historyjki o perypetiach pana Wątróbki. Na zakąskę kilka przykładów gwary Warszawy z dawnych lat: łachmyta- obdartus, byle kto; smykałka i dryg – talent do czegoś; grząś  wieśniak; barłożyć – gadać bez sensu; cykoria – lęk, strach; sztorcować . wymyślać komuś; chojrak- odważny, zabijaka; biber – brodacz; kimono- zasnąć; kojfnąć-umrzeć; Zabawną historię Polski w wersji pana Piecyka „Helena w stroju niedbałem” można znaleźć na webie. http://skorpionik.ovh.org/wiech/Helena_w_stroju/wiech.htm Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 19 października 2012 ©Stefan Grass 

72.Namolne zjadacze swetrów, pokrętki i nonsens

12 października 2012

„Lwica za wilkiem bieży, za kozą wilczyca.
Koza za wrzosem, a mnie do ciebie tęsknica,
Każdego swoja lubość, swoją żądza pędzi;
Każdego swój mol gryzie, swoja nędzą swędzi.”
Szymon Szymonowic (1558-1629)

Wiem z własnego,doświadczenia, że mól jest  namolnym niszczycielem moich swetrów, skarpetek i wszelkiego rodzaju odzieży, którą uzna za godny supermarket dla swojego  potomstwa. Te małe, ale wredne ciemki potrafią czyhać w odkurzaczach, dopóki nie pofruną do szafy aby zeżreć mój ulubiony pulower. W zjadaniu wełny, bawełny i garniturów specjalizuje się mól odzieżowy zwany także włosienniczkiem. Jest też mól kożusznik, który lubi futra, peruki i inne włochate dania. Gatunki śpiżarniane mają nieco inne nazwy, o których dowiedziałem się dopiero po wędrówce webowej. Mglik mączny lubi szafki kuchenne, gdzie chowam mąkę, bo to ulubiona potrawa jego dziatwy. Omacnica spichrzanka brzmi jak szlachcianka rodu ciem. Ta, oprócz mąki i kaszy atakuje cukier i otręby. Gdy zobaczę nagle fruwającego mola zabijam go szybkim klaśnięciem rąk, ale to wymaga trochę wprawy, bo one potrafią wymknąć się dość zwinnie.Naftalina zabija to paskudztwo, ale wtedy trzeba wietrzyć wszystko na balkonie. Ja chowam moje molowo jadalne ubrania  w dużych plastykowych workach, zamykanych na błyskawiczny zatrzask. To prawda, że każdy ma swojego mola, co go gnębi. ale jest  jeden gatunek, który jest nieszkodliwy: mól książkowy. Jeśli jednak coś mi zjada stare książki i stosy papierów, wówczas moje podejrzenie pada na pustosza kradnika -to taki chrząszczyk, żłobiący tunele w cennych księgach. Nie jestem pewien, czy bym zaliczył dziś siebie do moli książkowych, ale z pewnością byłem nim w młodych latach.  Angielski mól to moth, ale „mole” to albo kret albo szpieg. Takie mole niszczą grządki, ale do szafy, na szczęście, nie zaglądają.

* * *

Nie wiem, czy tylko ja, czy może każdy, kręci ręką, gdy ktoś spyta co to jest korba, zakrętka lub pokrętło z tulejką. Dla mnie jest dużo łatwiej pokazać gestami do czego służy ta „rączka do obracania” różnych urządzeń z gatunku maszynki do mielenia, wyżymaczki i tym podobnych wypędków z epoki przed-technologicznej. Szperając wczoraj w zaroślach mojego źródłosłowia natknąłem się na nieznane mi dotychczas pokrątki (w niektórych wersjach pokrętki) – słowo, którym w XV wieku nazywano nerki. Wokół tego słowa roją się podobne mu przekrętki, pokrętła i pokrętne manipulacje słowne, co  mogło być powodem  pożyczenia od Niemców nerek (Niere) lub cynaderek (Geschnader). Anglicy mają dość dziwaczne słowo „kidneys”, które jest rzekomo zlepkiem dawnych słów „macica”cwið i “jajo” ey- skojarzenia spowodowane chyba kształtem nerek. W potocznej żartobliwej angielszczyźnie „kidneys” to także „dzieci” (kids) – pojechałem na wakacje z moją „wife and kidneys”. Zdumiony cudzoziemiec myśłi, że Anglik bierze ze sobą zapasowe nerki, gdy wyjeżdża zagranicę.

* * *

Język nonsensu ma w sobie wielu zdrowego sensu dla każdego, kto dostrzega porażającą  absurdalność naszej tzw rzeczywistości. W świecie wirtualnym też prawie wszystko jest bezsensowne, tyle że trudne do określenia. Dla  Carrolla, Edwarda  Leara, Ogden Nasha, Leśmiana, Brzechwy, Joyce’a i wielu innych, język fejsbooków, blipów i blogów dziś objawiałby się  prawdopodobnie jako nonsens. Przypomniał mi się akurat ten klasyk pozornie bezsensownej poezji jaką był poemat Lewisa Carrolla „Jabberwocky” w jego książce o archetypie kobiecej wyobraźni jaką była Alicja „Po Drugiej Stronie Lustra”. Gdyby Carroll pisał dzisiaj, tytuł jego książki mógłby być „Alicja w Świecie Kwantów”, albo w jednym z  „równoległych światów”, które coraz silniej rysują się w naukowej świadomości. Moja predylekcja do deformacji słów i tworzenia nowosłowia płynie głównie z podświadomej świadomości, że języki to nieustający taniec cząsteczek, dźwięków i możliwości,  kryjący się pod grubą skorupą gramatyki, ortografii i innych reguł, które są konieczne, aby umożliwić nam rozmowy i zrozumienie znaczeń, wtłoczonych w słowa. W istocie rzeczy potok słów to tylko „dziaberliada, w której wszystko  ”brzdęśniało już; ślimonne prztowie,Wyrło i warło się w gulbieży;Zmimszałe ćwiły borogowie I rcie grdypały z mrzerzy„.
Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 12 października 2012
©Stefan Grass 

71. Brzydkie wyrazy i pijawki krwiopijce

5 października 2012

Każdy wrzeszczał o czym innym,
Jak zwykle w życiu rodzinnym.
Ojciec najgorsze wyrazy
Powtarzał po kilka razy

T.Boy-Żeleński

Anglicy to jednak ekscentryczny naród. Przeważnie potrafią ukrywać swoje dziwactwa, nawyki i podziały społeczne w precyzyjnie kształtowanym języku, którym usiłują porozumiewać się między sobą, z mniejszym lub większym powodzeniem. W powojennych latach ,spikerzy BBC musieli obowiązkowo mówić tzw „oksfordzkim” akcentem. Brzmiał  jak bełkot rozmawiającego z gorącym kartoflem w ustach. Wulgarne słowa, przekleństwa były tabu w pruderyjnej hipokryzji epoki wiktoriańskiej, kiedy nawet słowo „noga” było uważane za nieprzyzwoitość i dlatego zamiast „chicken leg” (udo kurczaka) mówiono „drumstick” (pałeczka do bębna). O ile mnie pamięć nie myli, brytyjskie tabu na używanie dosadnych słów w literaturze rozpadło się bezpowrotnie w 1960r, gdy odważny wydawca, Penguin Books, wydrukował „obsceniczną” powieść D:H.Lawrence’a „Kochanek Lady Chatterley”, która była zakazaną lekturą przez 30 lat. Wydawca wygrał w sensacyjnej sprawie sądowej i od tej pory wiele „brzydkich słów” zaczęło pojawiać się nie tylko w książkach i gazetach, ale także w radio i TV.Eufemizmy i kropkowanie („eff” albo  f…) są  wciąż używane w druku, ale mowa stała się swobodnie wulgarna, bo młodsze pokolenia szybko pozbyły się wiktoriańskich namordników. Dziś żadna brytyjska klasa społeczna  nie ma monopolu na słowa, które do niedawna były uważane za nieprzyzwoite, niedopuszczalne i często zdradzające pochodzenie z nizin plebsu. To ostatnie słowo rozbłysnęło nagle jak meteor na łamach prasy brytyjskiej pod koniec września, gdy Andrew Mitchell, główny rzecznik dyscypliny partyjnej rządu, znieważył policjantów strzegących bramy wjazdowej do siedziby premiera na Downing St., używając głównie słowa „eff” i kończąc swoją tyradę „wy jesteście effing plebs”. „Effing” uszło mu płazem, ale „plebs” uznano za śmiertelną obrazę oficerów policji. Poseł twierdził, że nie użył tego słowa, ale odmówił przekazania swojej wersji awantury. „Plebs” istnieje w polskich pyskówkach, ale nie jest uważane za szczególnie obraźliwe słowo. Może dlatego, że dziś każdy kto pracuje, jest plebejuszem..

***
Kilka dni miałem „bloody” dzień, bo odwiedził mnie kwalifikowny pobieracz próbki krwi na laboratoryjne badania. W tym wypadku, „bloody” nie było brzydkim wyrazem, gdyż określało tylko moje „krwawe” spotkanie z flebotomistą, bo taki jest oficjalny tytuł tego specjalisty. Jego wizyta przypomniała mi młodociane spotkanie z pijawkami, tymi dobrze znanymi w ludowej, jak i oficjalnej, medycynie czarnymi wampirami, których jedynym pożywieniem jest krew. Ojciec ostrzegał mnie na wakacjach, abym nie łaził na bosaka w błotnistej rzece, ale pewnie nie sprecyzował czyhających na moje stopy niebezpieczeństw. Któregoś dnia przyleciałem do domu po takich rzecznych wyprawach, wyjąc z przerażenia. Obie moje nogi aż do łydek były oblepione pijawkami. Na szczęście, moja mama wiedziała jak mnie uwolnić od tych „drakuli”. Pijawka ma bardzo silne przyssawki, a w nich jest jama gębowa, która posiada około setki malutkich, ostrych zębów. Jedynym sposobem na usunięcie tej krwiożerczej przyczepy jest skropienie jej silnym roztworem soli albo kroplami nafty lub denaturatu. Nie pamiętam już, którego oręża użyła moja rodzicielka, ale wiem że od tego spotkania unikałem błotnistych miejsc jak diabeł święconej wody. Trudno uwierzyć, ale pijawki są do dziś używane w szpitalnej hirudoterapii jako skuteczny lek na wiele schorzeń, takich jak nadciśnienie, rwa kulszowa, bóle stawów i niektóre choroby, związane ze starością. Kto wie, czy ta dziecięca przygoda ze śliskimi flebotomistkami nie zapewniła mi późnej starości?

****
Mitt Romney, kandydat Republikanów na prezydenta USA, oburzył się ostatnio na karygodne zaniedbanie w amerykańskich samolotach pasażerskich: okna nie otwierają się, co uniemożliwia wpuszczenie świeżego powietrza dla spragnionych tlenu podróżników. Ciekawe, czy Lech Wałęsa podsunął mu tę myśl podczas ich czułego spotkania?Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 5 października 2012 ©Stefan Grass 

70.Migawki z sieci wędkarza słów

28 września 2012

„Rybak na wędce zapuścił robaka,
Rybka zjadła zanętę, a nie tknęła haka
I my rozsądną rybkę naśladujmy wiernie:
Szukajmy pociech w życiu, omijajm ciernie.”
S.Jachowicz (1796-1857)

Grzebiąc wczoraj w mojej rybackiej sieci jaką jest internet, znalazłem kilka błyszczących kiełbi i płotek medialnych na felietonową przekąskę.  Możliwe, że  kiedyś były takie „rybki”  traktowane poważnie lub z lekkim przekąsem, ale dość szybko zniknęły ze szpalt gazet i ekranów TV, jak wszystkie efemerydy. Dziś mało kto się nimi interesuje poza komediantami i badaczami przeszłości. Edward de Bono, brytyjski lekarz i światowej sławy „guru” sztuki twórczego myślenia, które jest znane jako „równoległe myślenie” (Sześć Kapeluszy Myślenia) zaproponował  w 2000r. proste rozwiązanie konfliktu arabsko-izraelskiego: marmajt. Według niego, agresja w tym rejonie świata może być rezultatem niskiego poziomu cynku we krwi jego mieszkańców. Brak cynku jest z kolei powodowane tym, że w Izraelu jak i wszystkich krajach Półwyspu Arabskiego ludzie obżerają się codziennie przaśnym pieczywem (maca, pita), przyrządzanym bez zakwasów. Marmajt (marmite), znany od przeszło stu lat, jest wyciągiem drożdżowym, ubocznym produktem warzenia piwa. Mimo, że de Bono wysłał swoją propozycję do komisji przy min.spraw zagranicznych, nie została ona przyjęta z entuzjazmen na jaki zasługiwała i dziś jest tylko wspominana jako dowcip w telewizyjnych zabawach. Oczywiście, agresja nie ogranicza się do tych, którzy jedzą ciasto drożdżowe lub przaśne. Niedobór cynku również powoduje objawy agresji u dzieci, nastolatków i dorosłych. Może warto byłoby częstować kiboli przed wejściem na stadium przekąskami, bogatymi w cynk.Tu należy przed wszystkim zaliczyć ostrygi, małże, krewetki, drożdżowe ciasteczka i ogórki. Warto dodać, że alkohol niszczy cynk, tak jak mleko i cukier.

****

Na pierwszy rzut oka, Henryk Sienkiewicz, pierwszy polski noblista (1905) i twórca takich niezapomnianych postaci jak Wołodyjowski  Kmicic, Zagłoba czy Longinus Podbipięta, nie ma nic wspólnego z dość dobrze znanym aktorem Hollywoodu, Charles’em Bronson’em. Nawet to, że Bronson grał role Polaka w kilku filmach, jest tylko ledwie widocznym śladem, który wyśledziłem w labiryncie internetowych zawikłań. To, co łączy tych dwóch twórców fantazyjnych postaci, jest ich pochodzenie: obaj byli potomkami zubożałych tatarskich szlachciców, zamieszkujących Wielkie Księstwo Litewskie. Ich rodziny były spolonizowane. Bronson, który urodził się w Ameryce jako Karol Dionizy Buczyński w 1921r był synem emigranta z Druskienik i angielskiego nauczył się dopiero, gdy był nastolatkiem. Tatarskim przodkiem Sienkiewicza był Piotr Oszyk, pułkownik wojsk polskich w XVI wieku. Nie wiem czy Bronson-Buczyński stworzył jakieś pamiętne postaci w swoich filmowych rolach, ale jego tatarski pobratymiec, Sienkiewicz ma na swoim koncie niezapomnianą w pamięci mieszkańców Zbaraża postać Podbipięty, który po ścięciu trzech głów napastników, zginął w bohaterskiej próbie przedarcia się z oblężonego miasta i został (w książce) pochowany w Zbarażu. Gdy w roku 1900 zarząd miasta postanowił usunąć ruiny starego kościoła na budowę nowego domu, mieszkańcy Zbaraża nie zgodzili się, bo twierdzili, że tam był pochowany ich bohater, Longinus Podbipięta. Taka jest magiczna moc fikcyjnych bohaterów książkowych.

****

Moje wnuczki nie znają ojczystego języka ich dziadka, więc staram się zachęcić  je do ćwiczeń, które pozwolą im poznać piękno polskiej wymowy. Krótki przykład poniżej.
Drgnąłem, tchnąłem, czknąłem i ocknąłem się ze snu. Był dżdżysty brzask. W gąszczu trzcin chrząszcz prządł miąższ owadzich śnień. Dźwięk jego brzdąkania zbrzydł mi..Deszcz szemrał w chaszczach. Chlupot kropli pstryknął w łeb dżdżownicy. Umknęła w głąb czarnoziemu, tam gdzie zrąb domu tkwił w zmroku. Szarobiała czeczotka czmychnęła w krzewy. Mnich w kapturze egzorcyzmował w dąbrowie drwala z toporem. Krnąbre frazy łaciny utkwiły mu w krtani, bo drwal drwił ze zgrzybiałych  klątw. Ropuchy rechotały na widok pierzchających krocionogów. Rzeźbione kształty żyworódek lśniły w mrugnięciach mżawki meteorów.Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 28 września 2012 ©Stefan Grass 

69.Dostatek, statki i pierogi Maryny

21 września 2012

Liczą na litość –od matki
Nauczone, że ten statek
I łzy to są ich posagi
Słowacki: Ksiądz Marek
Żaden mężczyzna nie ustatkuje się, dopóki nie zacznie zmywać statków. Bo jak ma już tyle statków, że trzeba je zmywać, to znaczy że się pewnie ożenił i jego żona wniosła do domu dostatnie wiano w postaci patelni, garnków, kubków,filiżanek i sztućców. Nasi przodkowie zmywali statki w pobliskiej rzece, używając piasku i pumeksu, co było trochę ryzykowne, bo gdy strumień był wartki, co lżejsze statki odpływały w siną dal i trudno je było potem znaleźć. Ale zestresowane prababki tak gderały o tych niezdarach pradziadach, że ci wkońcu pobiegli po rozum do głowy i zaczęli budować łodzie z wydrążonych pni wierzbowych (zwane „komiegi”) w celu ścigania odpływających statków. Zanim statek stał się okrętem, był tylko i wyłącznie słowem opisującym dobytek, stan posiadania tyle, aby „statczyło” dla każdego członka rodu. Rozłupane czaszki upolowanych zwierząt zamiast talerzy oznaczały niedostatek, a gliniane gary dowodziły, że tacy ludzie byli stateczni, bo mogli kupować to co garncarz dostatczał (dziś: dostarczał). Statkami domowymi zajmowały się kobiety, a na tych pływających po morzu zatrudniano nieustatkowanych młodych chłopaków, którzy są znani jako majtkowie, nazwa wymyślona przez Holendrów, ludzi morza, którzy mówili „matjee” o „towarzyszu, który dzieli ze mną chleb”, zaś jego spodnie miały nazwę „maitki” –  długie, luźne spodnie, które nosili majtkowie, ale potem zaczęły robić się coraz krótsze i skończyły swój semantyczny żywot jako skrawek materiału okrywający dolne części dzieci i kobiet. W opisywaniu przygód Kolumba w klasówce szkolnej ktoś kiedyś napisał, że jego „majtki siedziały w bocianim gnieździe i rozdarły się ‘ziemia, ziemia’ na widok wysp karaibskich”. Inne określenie majtka to oczywiście „marynarz”, który służy w marynarce, mimo że jej nie nosi. Jego spodnie nazywano „marynałami”, a obie nazwy były ze słowa „morze-mare” i „marinus- morski”. Dalsze przemiany to skojarzenie morza z solą, w której marynarze marynowali mięso, ryby i ogórki na morską podróż w pływających statkach. Maryna, posiadaczka statków, znana jest z przyśpiewka o Maćku, któremu zachciało się pierogów, a jego żona, nieudolny garkotłuk, wysyłała go do miasta po zakupy różnych składników tego wiejskiego przysmaku (mojego też), aby wkońcu wyznać, że nie wie jak się je robi. Wyprowadzony z równowagi i głodny Maciek potłukł Marynę w pierwszym piosenkarskim opisie przemocy domowej. („a Maciek za kija, Marynę pobija”).

Ciasto na równonoc
W restauracjach angielskich rzadko można znaleźć prawdziwe pierogi. Te włoskie ravioli, tortellini czy brytyjskie dumplings niczym nie przypominają naszych rytualnych, zawijanych półkoli lub trójkątów ciasta. Słowo „pieróg” to potomek prastarej nazwy „pir” która, przed wiekami,miała znaczenie religijne, jako „ciasto obrzędowe”, składane w ofierze księżycowi w podzięce za dar płodności i zmiany cykliczne oblicza wedle których lud liczył upływające miesiące i sezony. Pogańskie kulty lunarne były w wielu krajach ostatnim śladem matriarchatu i przygotowywanie tych ofiarnych darów było z pewnością zadaniem kapłanek bogini księżyca. Gdy patriarchalne społeczeństwa przestały uznawać władzę kobiet-żywicielek, kapłanki zmieniły się w gosposie i kucharki. Przepisy na pierogi są z pewnością starsze niż piramidy, a jest ich dziś ogromna ilość i mają czasem swoje dawne nazwy obrzędowe. Na takie okazje jak stypy pogrzebowe Rosjanie jedli „knysze”, zaś Ukraińcy na powitanie zimowego przesilenia gotują tzw pierogi-kolatki. Na imieniny gotowano „socznie” dla solenizamtów i gości, a na przyjęcia weselne –”kurniki”, nadziewane mięsem kurczaków. Na jesienną równonoc (sobota ,22 września) najlepiej  smakowały by chyba pierożki nadziewane na słodko czarnymi jagodami, śliwkami albo truskawkami czyli „sanieżki”. Słowo „pierogi” przybiera czasem dziwne formy w innych językach jak np greckie „perogki” albo „piroski”, fińskie pyöryköitä, niemieckie „pirogge”. Kołduny i knedle to też pierogi, nadziewane mięsem lub śliwkami. Zaczynam mlaskać językiem, nostalgicznie.Felieton opublikowany w londyńskim Dzienniku Polskim,piątek 21 września 2012 ©Stefan Grass